Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

Farba znaczy krew

Farba znaczy krew

Książka Zenona Kruczyńskiego, to poruszające do głębi świadectwo przemiany autora – z myśliwego w człowieka starającego się ze wszech miar współczuć wszystkim istotom żywym. Pierwsza część książki to świadectwo przemiany osadzone w biograficznej perspektywie i składające się z kilkunastu krótkich rozdziałów. W drugiej części, autor rozmawia z różnymi osobami, m.in. z: psychoterapeutą – Wojciechem Eichelbergiem, psycholożką uzależnień – Anną Dudzik, mistrzynią zen – sensei Sunyą Kjolhede, a także z ekolożkami, lekarką weterynarii oraz myśliwym i żonami polujących mężczyzn. Całość poprzedza bardzo osobisty wstęp Olgi Tokarczuk.
Autor w swojej książce przedstawia różne punkty widzenia na problem relacji – człowiek zwierzę, skupiając swoją uwagę przede wszystkim na specyficznym przypadku tej relacji myśliwy – zwierzyna. W książce nie znajdziemy jednoznacznych rozstrzygnięć ani arbitralnego podziału na „winnych” i „niewinnych”.
Jest coś tajemniczego i zarazem mistycznego w tej nagłej przemianie autora. On sam stara się lepiej zrozumieć, na poziomie werbalnym, to co w nim zaszło i wraz ze swoimi rozmówcami poszukuje. Poszukuje raczej nie odpowiedzi, ale drogi jaką pokonując można, jak pisze: „szeroko otworzyć oczy, widzieć jasno okoliczności” (s.94).
Cieszy fakt, że książka poruszająca, wydawać by się mogło tematykę zwykle pozostawioną dla niszowych wydawnictw i niskich nakładów, została bardzo starannie przygotowana przez ogólnopolskie wydawnictwo Słowo/Obraz/Terytoria. Sądzę, że ze względu na, nie tyle oryginalność poruszanego tematu, ale nowatorską próbę przyjrzenia się po raz kolejny pewnym kwestiom, książka Zenona Kruczyńskiego zasługuje na najwyższą rekomendację, zarówno jako prezent dla różnego rodzaju „łowców” jak i do prywatnej lektury dla tych, którzy tak jak autor poszukują lepszego zrozumienia.

Agnieszka Dyczewska


Zenon Kruczyński
Farba znaczy krew
Informacje dodatkowe: 165 x 215, 268 stron, ilustracje czarno-białe, oprawa miękka
Cena detaliczna: 35 zł
ISBN 978-83-7453-862-6
EAN 9788374538626
wydawnictwo słowo/obraz terytoria
planowany termin wydania: 20 maja 2008

1. Nota:
„Jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi, cieszę się, że taka książka została napisana. Nie wstydzę się ani mojego wzburzenia, ani wzruszenia podczas jej czytania”.
Olga Tokarczuk

„To książka ważna, mocna, angażująca. Zrodzona ze zrozumienia własnych błędów. Obnaża i burzy niemądre stereotypy, które od niepamiętnych czasów wyznaczają nasz stosunek do świata zwierząt, do świata w ogóle, a także do nas samych”.
Wojciech Eichelberger

Książka napisana przez człowieka, który po kilkudziesięciu latach uprawiania myślistwa przeszedł na drugą stronę barykady i stał się obrońcą przyrody i praw zwierząt. Zenon Kruczyński opisuje, jak został myśliwym, odsłania kulisy tego dwuznacznego hobby oraz ukazuje, jak to się stało, że zaprzestał zabijania zwierząt. Następnie rozmawia z psychoterapeutą, doświadczonym myśliwym, specjalistką od uzależnień, działaczką ekologiczną, mistrzynią zen, żonami myśliwych oraz z lekarką weterynarzem. Autor i jego rozmówcy próbują dowiedzieć się nie tylko tego, dlaczego mężczyźni polują, ale także bardziej ogólnie – dlaczego zabijamy zwierzęta, dlaczego niszczymy przyrodę. Książka ta mówi więc prawdę – często szokującą – o polowaniach, ale przede wszystkim uczy szacunku dla wszelkiego życia i pomaga odzyskać harmonię w obcowaniu z naturą.

2. Biogram
Zenon Kruczyński
Urodził się w 1950 roku w Gdańsku, mieszka w Gdyni. Od lat dziecięcych w rodzinie myśliwskiej, podtrzymywał tradycję pokoleniową przez kilkadziesiąt lat. Przestał polować w wieku dojrzałym. Obecnie, podążając ścieżką swoich zainteresowań i wieloletniej nauki, zajmuje się prowadzeniem, wraz z pracownią psychologiczną Makami Nature, warsztatów rozwoju osobistego „Energia w działaniu” i autorskich warsztatów „Wgląd w relację pomiędzy ludźmi a zwierzętami”. Jest współpracownikiem Instytutu Psychoimmunologii w Warszawie. Publicysta prasy alternatywnej. Rzecznik ekologii głębokiej, czynnie zaangażowany w działania na rzecz środowiska naturalnego. Ma żonę i dwoje dzieci.

3. Spis treści
Wstęp: Olga Tokarczuk
1. Szczenięce lata
2.Rogacz
3. Ojciec, pan Romek i ja
4. Ojciec swojego syna, syn swojego ojca
5. Lis i zając
6. Wieczorem nie ryczały
7. Dubeltówka, dzik i słonka
8. Dwa strzały
9. Znajomości i przyjaźnie
10. List do przyjaciela
11. Koronne argumenty
12. Kupki buraków
13. Bóg się pomylił
14. List do Jacka M

HORN
15. Wywiad z łowczym wojewódzkim, Piotrem Ławrynowiczem
16. Wypadki
17. Dlaczego mężczyźni zabijają – rozmowa z W. Eichelbergerem
18. Rozmowa z Anną Dodziuk
19. Gosie – rozmowa z żonami myśliwych Małgorzatą Grabarczyk i Małgorzatą Szczygieł-Reutt
20. Rozmowa z sensei Sunyą Kjolhede
21. Jabyk.
22. Rozmowa z Ruth Rosenhek
23. Rozmowa Z Bożeną Montwiłł
24. Ostatni rozdział?
25. Sen

4. Fragmenty
Znajomości i przyjaźnie

To jest myśliwski sposób życia, poza polowaniem podkreślany w codziennym życiu jakimś akcentem ubioru, znaczkiem, piórkiem czy nalepką na samochodzie. Należy także używać specyficznego, myśliwskiego języka. Mówi się na przykład „zestrzał”, mając na myśli sierść, krew, treść jelit lub kawałek kości czy wątroby na trawie w miejscu, gdzie stało trafione kulą zwierzę. „Zbarczyć ptaka” to strzelany ptak, który trafiony śrutem spada na ziemię i ucieka… zaszywa się w trawy. Trzeba „dojść postrzałka po farbie i go dobić”.
Nie mówi się: „przestrzeliłem jeleniowi nogę i złamałem kość piszczelową” tylko: „dostał w przedni badyl”. Z czasem nasiąka się tym językiem tak, że używa się go bezwiednie. (...)

Fragment rozmowy z Anną Dodziuk, psychologiem, zawodowo zajmującym się nałogami

Jest coś, co świadczy o tym, że polowanie jest uzależnieniem, coś, co dla wszystkich uzależnień jest objawem podstawowym: bez wątpienia polowanie reguluje uczucia*. To oznacza, że człowiek przestaje normalnie reagować na to, co może wprawić go w zły albo dobry humor, wywołać euforię, szczęście, lęk, cierpienie, złość – tylko to jedno zachowanie zaczyna być głównym bodźcem wpływającym na stany emocjonalne. Z polowaniem jest tak jak z alkoholem: jeżeli alkoholik go nie ma, czuje się nieszczęśliwy, nie ma innych sposobów na zagłuszenie smutku, rozpaczy, złości, wstydu, a kiedy wypije, doznaje ulgi, przeżywa radość i przyjemność. Myśliwy niewiele się od niego różni: polowanie pomaga mu nie zajmować się – a przynajmniej nie przejmować się – niczym innym, nie dopuszczać do głosu trudnych uczuć, służy mu do nieodczuwania i z czasem staje się jedynym źródłem pozytywnych przeżyć.
(...) Poluje się po to, żeby upolować? To nie jest do końca jasne. W wypadku zachowań nałogowych wszystkie elementy tej sekwencji są w jakimś stopniu potrzebne. To mit, że poluje się po to, żeby upolować, tak jak mitem jest – od pewnego momentu – to, że człowiek pije, aby wprawić się w dobry nastrój. Albo że bierze narkotyki, żeby mieć piękne wizje i móc je potem namalować. Jeśli spojrzysz na polowanie od strony nałogowej, to okaże się, że dobrze działa już samo to, że zaczynasz się pakować, jest blisko do chwili wyjazdu i spotykasz kolegów – że te wszystkie czynności przygotowawcze się już dzieją. To działa bardzo nagradzająco. Nie poluje się po to, żeby upolować – poluje się po to, żeby polować. Tak jak pije się po to, żeby pić. Mój sposób myślenia w kategoriach uzależnień tak każe to interpretować.

Kupki buraków

Praktycznie przekłada się to na sytuację, w której legalne jest zabicie przelatka – loszki w wysoko zaawansowanej ciąży, nawet na dzień przed rozwiązaniem. Pęcherz płodowy z kilkoma martwymi pasiastymi warchlaczkami odciąga się w krzaki. Myślicie, że to rzadkość? Prawie każdy myśliwy to widział! I chyba żaden myśliwy w warunkach zazwyczaj towarzyszących polowaniu na dziki nie jest w stanie ocenić, czy ten przelatek, do którego się właśnie składa, jest w zaawansowanej ciąży czy nie.
Im więcej zwierząt w lesie, tym atrakcyjniejsze jest polowanie. O takim bogatym w zwierzynę lesie mówi się: „dobre łowisko”.

Fragment rozmowy z Wojciechem Eichelbergerem

Tak. Pomyślmy najpierw o tym, co może stanowić wystarczającą moralną rację do zabicia zwierzęcia. Wydaje się, że jest nią z pewnością zagrożenie śmiercią głodową. Takie jest niepisane prawo przyrody: jesteś głodny – możesz jeść. Ale okazuje się, że z punktu widzenia zjednoczonego umysłu i zjednoczonego świata nie ma powodu, aby nawet z tak oczywistej racji korzystać.
W tym kontekście warto przytoczyć dwie przypowieści. Pierwsza to opowieść o młodym człowieku, którego uznano za wcześniejsze, a więc nie w pełni jeszcze przebudzone, wcielenie Buddy. Pewnego dnia szedł przez dżunglę, a panowała straszna susza. W zaroślach zobaczył wychudzoną tygrysicę, która miała wokół siebie kilka płaczących z głodu kociąt. Nie miała siły nawet się podnieść. Wtedy młody człowiek, by uratować życie tygrysicy i jej potomstwu, ofiarował jej do zjedzenia swoje ciało.
Ta trudna przypowieść pokazuje, na czym praktycznie polegać może bycie jednym ze światem. Człowiek stawia się ponad porządkiem przyrody i nie pozwala się zjadać nikomu. Z drugiej strony jednak sam zjada niemal wszystko, co mu w ręce wpadnie.
Druga opowieść to opowieść o mnichu, który wiele dni szedł przez rozpaloną słońcem pustynię. Przez całą drogę towarzyszył mu wygłodniały sęp, który czekał, aż wędrowiec padnie z wyczerpania. Ale mnich wytrzymał trudy wyprawy i dotarł do krańca pustyni. Wyczerpany sęp utracił ostatnią szansę na przeżycie. Wtedy mnich wyjął nóż, wyciął sobie kawałek pośladka i rzucił na pożarcie sępowi.
Jakże to krańcowo różna postawa od tej uwikłanej w rytualnoideologiczne myślistwo. Bohaterowie obu przypowieści czują się całkowicie równoprawni z całą resztą istnienia. Ponieważ korzystają z pokarmu, którego dostarcza im świat, sami też uważają się za pokarm. Wszystko podlega nieustannej przemianie i transformacji. Można powiedzieć, że wszystko jest pokarmem. Bohaterowie cytowanych przypowieści nie uważają się za nadzwyczajnych ani uprzywilejowanych. Wręcz przeciwnie. Są w daleko trudniejszej sytuacji od innych nieświadomych istnień – mogą i muszą wybierać. Dlatego w przeciwieństwie do zwierząt, które nie pozwalają się zjadać i prawie zawsze walczą o przetrwanie, ludzie ci świadomie i dobrowolnie podejmują decyzję ofiarowania siebie, dając tym samym świadectwo pełnego zrozumienia zasady życia. (...)
Odnoszę wrażenie, że dla wielu mężczyzn polowanie jest próbą poprawiania męskiego samopoczucia.
Zabijanie, za pomocą symbolicznego penisa, czyli strzelby, potężnych, niezależnych, wiodących swoje haremy, zwierzęcych samców musi dawać podświadome poczucie satysfakcji. Z pewnością reperuje wrażliwe i zagrożone męskie ego.
Paradoks polega na tym, że do niedawna zagrożone męskie ego reperowało się i sprawdzało w próbach wymagających odwagi i sprawności. Niegdyś, szczególnie przed wynalezieniem broni palnej, także polowanie tego wymagało.
To, co się teraz nazywa polowaniem, zaczyna coraz bardziej przypominać rozstrzeliwanie bezbronnych cywilów. Widziałem ambony myśliwskie przypominające luksusowe domki campingowe umieszczone na palach. Jest wygodne miejsce do spania, chemiczne WC, elektryczne ogrzewanie, mała kuchenka, półeczki, szafeczki, miejsce na barek. Brakuje tylko telewizora, ale przecież może być przenośny gdyby myśliwy nudził się zbyt długim oczekiwaniem na dobry strzał przez którąś z wygodnie ulokowanych strzelnic. Czemu innemu niż czerpaniu perwersyjnej przyjemności z zabijania, taki rodzaj „polowania” może służyć? Jaką wartość ma zdobyte w ten lub podobny sposób myśliwskie trofeum? Ile są warci mężczyźni polujący w sposób pozbawiony jakiegokolwiek ryzyka i niedający żadnych szans zwierzęciu?

5. Realia:
W Polsce poluje ponad sto tysięcy myśliwych, w Niemczech ponad czterysta tysięcy, w innych krajach Europy liczby polujących są równie duże… Niegdyś polowanie było przywilejem władców i arystokracji, obecnie stało się rozrywką rzesz mężczyzn uzbrojonych w nowoczesną, doskonałą broń z wymyślnymi przyrządami celowniczymi. Zjawisko współczesnego, rekreacyjnego myślistwa wrosło w społeczeństwo. Uporczywe działania myśliwskiego public relations ukształtowały powszechnie uznany pogląd, że przyroda i ludzie nie dadzą sobie rady bez myśliwych. Właściwie nie wiadomo, co miałoby nam grozić ze strony jeleni, dzików, zajęcy, dzikich gęsi, kaczek, bażantów czy saren, gdyby nie myśliwi. Czy zagrażałyby ludziom żyjącym w miastach i na wsiach? Czy myślistwo jest potrzebne ludziom i przyrodzie? Właściwie, komu jest potrzebne?
Myśliwi mówią: „My dokarmiamy zwierzęta, dzięki nam mogą przeżyć zimę”. Myśliwi rzeczywiście dokarmiają zwierzęta, a potem je zabijają, uparcie powtarzając swoją prawdę, że wykładają paszę po to, by zwierzęta mogły przeżyć zimę (o mroźnych zimach prawie nikt już nie pamięta), nie mogąc jednak zauważyć tego, że zwierzęta dotrwały do współczesnych czasów bez żadnego dokarmiania. Po prostu tego nie potrzebują. Myśliwi dokarmiają je przez okrągły rok, wydając na to ogromne sumy (według szacunków autora około trzydzieści milionów złotych rocznie), ponieważ mają cel – utrzymać duży stan zwierzyny w ich łowisku, by móc jak najwięcej zabijać. Jeżeli w przyrodzie jest dużo jedzenia– urodzi się dużo zwierząt, które będziemy mogli zabić. O to właśnie chodzi!

Zgodnie z prawem łowieckim nie wolno polować w miejscach stałego dokarmiania zwierzyny, czyli przy paśnikach. W związku z tym inne miejsca stałego dokarmiania zostały w prawie łowieckim nazwane nęciskami i… tam już wolno je zabijać. Zwierzęta nie odróżniają paśnika od nęciska i nie czytają prawa łowieckiego. Różnica jest taka, że pasza w paśnikach jest tylko przez dwa zimowe miesiące, a w nęciskach przez cały rok. Zdecydowana większość karmy przywożonej do lasu trafia do nęciska. Locha przyprowadza swoje młode w miejsce stałego karmienia – do nęciska – a te dziczki, które nie zostaną wcześniej zabite, gdy już dorosną i urodzą swoje warchlaki, zrobią to samo. I tak bez końca.

„Myśliwy musi zdawać sobie sprawę z tego, że w środowisku pełni funkcję głównego drapieżcy, stąd decyzje przez niego podejmowane powinny jak najściślej odpowiadać tej funkcji” – głosi myśliwska „Etyka wobec zwierzyny”. Który jednak z „głównych drapieżców”, ubranych w grube buty, kapelusz z piórkiem i ze stalowym karabinem w ręku, stanie obok jaguara, pumy, tygrysa syberyjskiego, wilka, sokoła czy czarnej pantery i porówna się z nimi?! Który powie:
„Jestem jak czarna pantera, wilk, sokół, orzeł!
Jestem stworzeniem wspaniałym, pięknym, podniebnym i sokolookim!
Mam waszą grację, szybkość, jestem doskonały i wiem to, co wy”.
Czy znajdzie się taki?
Kto ma na tyle odwagi i mądrości, by spróbować dorównać wiecznie wiejącemu wiatrowi? Czy tak jak drapieżniki, myśliwi są częścią świata przyrody? Drapieżniki nie muszą podejmować żadnych „decyzji” i „zdawać sobie sprawy” – o czym jest mowa w przytoczonej powyżej „etyce”. Etyce… zabijania.

Na okładce pisma myśliwych „Brać Łowiecka” nr 11/2007 widnieje wytłuszczonym drukiem tytuł artykułu problemowego: „Od naciśnięcia spustu do odnalezienia postrzałka”. Podtytuły, słowami myśliwego, opowiadają o polowaniu to, co bardzo starannie ukrywa się przed niewtajemniczonymi:
„Trafienie w głowę lub kręgosłup”
„Obcierki kości”
„Trafienie w wyrostki kolczyste kręgów”
„Trafienie w klatkę piersiową”
„Trafienie w wątrobę”
„Trafienie w żołądek lub jelita”
„Trafienie w nerki”
„Strzały na puste”.
Tak wygląda anatomia strzaskanych myśliwską kulą kości i wyprutych jelit. Dlaczego myśliwi nie chcą tego zobaczyć? Żeby móc polować dalej! Bo zobaczenie naprawdę tego, co robią, wiąże się ze zmianą w życiu. A tego nikt nie chce, bo przyjemność z polowania w życiu myśliwego jest często najważniejsza.
Mało kto w społeczeństwie pozostaje obojętny na to zjawisko, prawie każdy się z nim zetknął. Książka pokazuje od wewnątrz świat samych myśliwych i ich los. Powstała jako wyraz fundamentalnej niezgody autora na to, że w naszym świecie – świecie ludzkim – możliwe jest zabijanie dla rozrywki, hobby, dla sportu – jak to sami myśliwi nazywają. Dodatkowym, tragicznym aspektem łowiectwa jest to, że usankcjonowaliśmy prawem tę krwawą rozrywkę.
Wielu ludzi godzi się milcząco i z niesmakiem na zabijanie zwierząt, ponieważ poddani myśliwskiej indoktrynacji sądzą, że „nie ma innego wyjścia”. Po przeczytaniu tej książki poczują ulgę – zrozumiałe staną się dla nich przyczyny owego niesmaku. Już nie muszą się na to zgadzać i nie będą czuli się bezradni, słuchając argumentów o „rozregulowaniu przyrody”, „zimowym dokarmianiu” czy o „braku drapieżników”.
Będą wiedzieli.
Książka zbiera racje przeciwników współczesnego łowiectwa. Spojrzenie na myślistwo zostało w niej rozszerzone o aspekt etyczny, ekologiczny, religijny, duchowy i psychologiczny. Stało się to w rozmowach z mistrzem zen sensei Sunyą Kjolhede, z Ruth Rosenhek, znaną na świecie działaczką ekologiczną, dyrektorem Rainforest Information Centre w Lismore w Australii, z Anną Dodziuk, psychologiem, znakomitym specjalistą w dziedzinie uzależnień, z Małgorzatą Grabarczyk i Małgorzatą Szczygieł-Reutt, żonami myśliwych, z Bożeną Montwill, lekarzem weterynarii pracującym od dwudziestu lat w swojej klinice w Sztokholmie, z Łowczym Wojewódzkim Piotrem Ławrynowiczem i psychoterapeutą Wojciechem Eichelbergerem o „świecie mężczyzn”.

Ktoś napisał po przeczytaniu tej książki: „To książka o tym, co to znaczy być Człowiekiem, jak żyć godnie i w zgodzie z naturą i Życiem. O tym, że można wziąć odpowiedzialność za świat, w którym się żyje, oraz odpowiedzialność za siebie samego. Jak uczynić Ziemię miejscem, w którym otacza się KAŻDE życie szacunkiem i uwagą, co czyni ją miejscem, gdzie samemu chce się żyć i być. Gdzie jest bezpiecznie…”
Ktoś inny napisał: „Podążając za głosem serca, można zmienić swoje życie i iść w kierunku miłości, opieki i piękna. Nieważne, jakie jest twoje dziedzictwo – odważnie słuchając głosu swojego serca, zawsze idziesz w odpowiednim kierunku. Bo serce nigdy się nie myli”.
Książka jest świadectwem osobistej, przejmującej przemiany w życiu autora – byłego myśliwego. Dawno temu pewien człowiek żyjący na terenie dzisiejszej Francji, o imieniu Hubert, heroicznie wytyczył tę drogę – przestał zabijać, doznał oświecenia. Co za niesłychany paradoks! Współcześnie został patronem myśliwych – świętym Hubertem.
Czas się przebudzić.
Po tej książce zabijanie zwierząt już nie będzie takie proste.