Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

AUTOBUS

AUTOBUS
Statystyki nie mówią nic o życiu. Nigdy. Gdyby tak było to przy każdej cyfrze byłaby biografia. Wszyscy wiedzą, że jej tam nie ma. Możesz policzyć setki ludzi, wymyślić im wspólny mianownik, ale czy jesteś w stanie mnie zapewnić, że to co zrobiłeś jest miarodajne? Lub, co ważniejsze, że nikt, żaden człowiek ci nie uciekł? Nie wymknął się tylnymi drzwiami Osobowości, oryginalnego podejścia, czy zwykłej niewiedzy? Wątpię.

Jednak ludzie lubią mianownikować się nawzajem. Nie wynika to ze szczególnego gatunkowo zamiłowania do wartości liczbowych, ani chęci całokształtnego ujmowania rozproszonych zjawisk. Wydaje mi się raczej, że bardziej im się podoba możliwość kuszącego porównania się w ten sposób. Klasowego.
Czuł się całą duszą Robolem. Robolo-katolikiem nawet. Człowiek, który planuje uczyć się w szkole średniej i planuje iść na studia, musi mieć za rodziców bogatych inteligentów. Jeśli tak nie jest, życzy mu powodzenia. Lubił go tylko dlatego, że mógłby pokazać inteligentom z pochodzenia gest Kozakiewicza swoim awansem społecznym. Ten sam człowiek pewnie czuje się znobilitowany w takim samym stopniu, gdy statystyka potwierdzi lub zaprzeczy o jego przynależności do kasty wykształconych pod mało znaczącym pretekstem. W jednym i w drugim przypadku stwierdzi, że znajduje się po tej lepszej stronie barykady. Że to oni są źli i powstrzymują go przed szczęściem. Czasem pod postacią żony gderliwej, czasem dziecka, księdza z ambony co mało wie o życiu, żydów, pedałów, niebieskookich polityków, sąsiadów... Czasem nawet podstępnie i zbiorowo udają jego zakład pracy.
Tylko on wie jakie gorzkie (trudne) potrafi być życie, a wszyscy pozostali to idioci.
W ten sposób jego barykada ma coraz więcej boków i nie wiadomo kiedy zamienia się w rondo, po którym biega polując na swojego Moby Dicka.
Ludzkie życie toczy się w ludzkiej głowie. To w niej powstają argumenty i usprawiedliwienia wszystkich prawdziwych i wymyślonych uczynków. To o mózgu myśli się mówiąc „Ja”. Nigdy o nodze czy ręce. Mówi się „To ja to zrobiłem”, ale „To oni, to przez nich musiałem to zrobić”. Inni istnieją po to, żeby był czysty. Oni są po to, żeby dźwigać odpowiedzialność za jego życie.
Wszędzie jest wielu takich ludzi. Lubią się zbierać w milczeniu w grupy na przystankach i walczyć o miejsca w autobusie. Nie dlatego, żeby jakoś szczególnie sobie upodobali ten właśnie rodzaj komunikacji przestrzennej, bo przecież nie międzyludzkiej, tylko dlatego, że każdy chyba woli nudną, nieciekawą jazdę autobusem od nudnej, nieciekawej pieszej wędrówki przez miasto. Gdy już siedzą na tych fotelach, lub gdy już na nich nie siedzą, wpatrują się tępo w okno, ale cholera wie czy coś w nim widzą. Zdają się być raczej zatopieni w swoich prywatnych mózgach. Statystyka dla nich istnieje tylko po to, by mogli sobie uświadomić jak bardzo są normalni, bo dziś tylko to uprawnia do stwierdzenia, że to życie jeszcze nie jest przegrane. A po śmierci pójdą na Sąd Ostateczny, jeśli faktycznie istnieje, siądą na krześle pośrodku sali, ich znajomi dookoła i na monitorach przed krzesłem będą oglądać sceny z życia delikwenta i wciskać guzik na plus lub na minus, wedle upodobania. Tak jak wcześniej przez tyle lat wciskano im sam kit. Bez chleba, ale za to z czterema reformami. Jeśli delikwent sam się skreśli, a z nim skreślą go pozostali – trafia do Piekła. Jeśli istnieje.
Ale najpierw wysiądzie z autobusu i pójdzie do domu. Swojego prywatnego piekła w Bogucicach lub na Giszowcu i przesiedzi w nim kilka godzin, bo później do roboty – takiego większego piekła. A to już nie jest wesołe, bo one istnieją prawdziwie i trwają jak ściany ciasnego pokoju.
Dzisiaj mit szczęścia podtrzymują już tylko supersklepy. W nich ukrywa się ono pod postacią przecenionego makaronu w promocji; rachitycznych warzyw i owoców; obmacanej kapusty kiszonej z przyprawami i ogromnej ilości rzeczy do podziwiania. W reklamach supersklepów rozrzucanych pod drzwiami uśmiechają się do nas radośni modele i modelki poprzebierani w to-co-tam-leży. Młode, zadbane gospodynie domowe (prywatnie panny), przytulone do swoich chwilowych męskich mężów (prywatnie kawalerów), z rozkoszną córeczką między nimi (wynajętą od biologicznych rodziców za słone pieniądze) udowadniają niezbicie i nie pozostawiając wątpliwości, że przed otwarciem tego sklepu życie nie miało ni krzty sensu i było pełne wątpliwości, smutku i udręki. Każdy normalnie myślący robol od razu wie, że im się udało. On wstaje rano i zjada śniadanie przygotowane przez żonkę. Dziecko nie robi problemów wychowawczych, przynosi same dobre oceny. Jadają smaczne obiady, na które nigdy nie braknie im pieniędzy. Cały dzień mogą spędzić ze sobą – pod warunkiem, że to dzień wolny – roztopieni w słodkich, słonecznych uśmiechach. Wieczorem siedzą wtuleni w siebie. Mąż i żona. Dziecko śpi z braku laku wtulone w najnowszą lalkę. Słodycz. Sielanka. Rzygać się chce. Jeśliby wierzyć reklamom, język używany w raju ograniczałby się do kilku podstawowych słów, jak: okazja, wyprzedaż, kupuj tylko u nas. No i mamy problem z gatunku tych poważnych, bo dla odmiany powszechnie oglądane filmy produkcji niemieckiej propagują prosty język ograniczony do: ja, gut, weiter, ich komme.
Roboli wszyscy chcą okraść. Kto to są ci wszyscy? To proste: właścicielka sklepu osiedlowego, która właśnie kupiła sobie drugi samochód tego roku, sąsiedzi, którzy każdej nocy się biją, a w dzień idą pod rękę do kościółka (z niepewnością w sercu co do losów jabola w lodówce, bo w domu zbuntowana młodzież i znów trzeba będzie jakoś namówić robola piętro niżej, żeby pożyczył na kolejnego), samochód z wkurzającą muzyką pod oknem, a właściwie jego szanowny posiadacz, niedoszły młodociany przestępca (nic straconego – jako pełnoletni dopiero teraz może pokazać co potrafi), który właśnie niedawno otworzył lokal z intencją zdzierania szmalu z naiwnych dzieci... Oni wszyscy są jak sępy czatujące na każdy ruch jego ręki do portfela. Jest wtedy dobrym kumplem i zawsze można na niego liczyć. Zazwyczaj to oznacza, że nie pokażą się przez kilka tygodni, czyli do czasu aż znów nie będzie od kogo pożyczyć. Wtedy nagle się staje Krynicą Mądrości i źródłem Wszelakiego Miłosierdzia, pod warunkiem, że robi to czego się po nim spodziewają. Póki nie da im czego chcą. I znowu nie pokazują się mu na oczy tym dłużej, im więcej wysępili. Choć nie wszyscy są tacy, czasem to on woli nie rzucać się w oczy kilku osobom.
Kiedy tak sobie siedzą w środku pojazdu komunikacji przestrzennej, bo przecież nie międzyludzkiej, całe otoczenie zza szyby staje się znudzone zaokienną egzotyką, którą należy przeczekiwać. Te budynki po to są. I ci ludzie. Żeby było coś na czym można zatrzymać wzrok, gdy się czeka aż to przeminie. Gdyby to wszystko na co patrzą miało dla nich jakieś znaczenie – nie mogliby usiąść spokojnie we własnych móżdżkach i czekać. Udawać, że myśleć.
Dla ludzi z zewnątrz, ci wewnątrz są przykładem chaosu zbiorowego, na który nie należy zwracać zbyt wiele uwagi. Tylko tyle ile trzeba, żeby nie zginąć. Ludzie wewnątrz cuchnących, ogromnych i roztrzęsionych, blaszanych beczek na kółkach noszą na imię Anonimowość. Wyjątkiem jest kierowca. Kiedy wszyscy wykręcają karki, byleby tylko nie patrzeć na ludzi poupychanych z własnej woli na kilku metrach kwadratowych, on jeden, ten kierowca narodu odważnie i mężnie, tym bardziej, że za psie pieniądze, patrzy wprost przed siebie. Chociaż nie wydaje się być jakoś szczególnie zainteresowany tym, co tam widzi. Świat wnętrza autobusu, kastowy porządek wszechświata w miniaturze nie obchodzi przechodniów. Wszyscy albo są Poza, albo W, albo też w trakcie W-, lub Wy-siadania. Między tymi czterema żywiołami nie ma stanów łagodnego przejścia. I nie szkodzi, że przeczy to rozsądkowi.
Niektórzy ustępują miejsca drugim. Zazwyczaj po to, by innym pokazać jakie z nich świnie. Niektórzy nie ustępują miejsca drugim. Zapewne po to, by wszystkim pokazać jak bardzo im się nie chce bądź jak bardzo to miejsce im się należy. Czasem wykażą się werbalnie obecności zwierząt w pojeździe. Czasem innych ludzi. Czasem manualnie. Zawsze wtedy warto odłożyć najciekawszą lekturę (co jak nie-zając – nie ucieka) i przyjrzeć się rozwijającej się akcji. Przecież nic nie zastąpi życia na żywo.
Nie warto wysiadać (stawać się czwartym żywiołem) na niewłaściwym przystanku. Po pierwsze dlatego, że można oberwać po mordzie od bardzo lokalnych patriotów (chociaż czasem nie warto pod tym wzglądem wysiadać też na właściwym przystanku), po drugie, bo potrafi to niewiarygodnie skomplikować wiele prostych wcześniej planów dotarcia do celu. Albo je nawet uniemożliwić.
Osobną sprawą są niedomyte, sprasowane w tłoku ciała nieczule do siebie przytulone prawie każdym centymetrem kwadratowym powierzchni. Wypatrujące ratunku oczęta zdychającego karpia, umieszczone w ramach kontrastu w twarzach wyraźnie wyrażających brak nadziei na jakiegoś Zorro, który miałby odebrać bogatym ich szacowne samochody, a wręczyć je użytkownikom komunikacji przestrzennej, bo przecież nie międzyludzkiej. Napuchnięte oblicza cierpienia, co ponoć uszlachetnia. Nagła arystokracja fotelowa i kierowca na usługach KZK GOP-owskiej mafii. Ludzie zachłannie, lecz beznamiętnie studiujący, chcąc nie chcąc, strefy erogenne kilku dosłownie najbliższych osób. Mężczyźni zarówno damskie, jak i męskie. Kobiety zarówno męskie, jak i damskie. Zbiorowy seks bez podniet. Przejmujący smród rozgrzanej bielizny nasączonej fekaliami i tępe oczy unikające wzajemnego kontaktu. Obserwujące się ukradkiem. Nie nachalnie. Jak to bywa w zbiorowym seksie bez podniet. Cicho wypowiadane przepraszam po nadepnięciu czyjejś stopy, nasiąknięte przejęciem w stopniu wprost proporcjonalnym do ilości lęku przed pokrzywdzonym. Milczące rodziny nie mające ochoty ze sobą rozmawiać. Wykończone pro rodzinną polityką prowadzoną na obstalunek bogatych.
Czy obecność innych ludzi może boleć? (Tak!!! Odpowiadają chórem zebrani). Czy boli tych ludzi stłoczonych w bydlęcych autobusach, zmuszonych przebywać ze sobą pół godziny, a nierzadko dłużej każdego dnia co najmniej dwa razy dziennie? (Już nie!!! Odpowiadają odważnie nasi doświadczeni zebrani). Ludzi wstających przed świtem i wracających kilka godzin później, których największym problemem jest nudny, męczący program telewizyjny? (Przecież nie wszystkich stać na kablówkę!!! Przyznają się z dumą nasi skromni Hiobowie). Rzeczywiście choć dumni ze swojej sytuacji, szybko zamieniliby się z kimś kto ma lepiej. Przynajmniej w ich mniemaniu. Telewizja kablowa to tajemnicze zaklęcie, które przed ich dziećmi otworzyłoby zamknięte bramy lepszego towarzystwa na podwórku. To koniec kłótni o nienagrane programy dawkowane skąpo przez telewizję publiczną. Gorszą, bo dostępną dla gawiedzi. I nie szkodzi, że i tak jest nudna jak flaki z olejem. Jakoś przeżyliby to. Oglądaliby w niej uparcie te same tanie filmy dla umysłowo niezamożnych, te same głupie dziennikareczki i napuszonych polityków spod znaku samozaparcia i rozpędu bez konsultacji z silnikiem. Te same, mówiące tylko o tym co muszą, wiadomości i katastroficzne fakty. Oglądaliby to samo, co dotychczas. Oglądaliby, bo w ten sposób pod pozorem wolnego dostępu do informacji i rozrywki, będą pożądliwie wypatrywali proponowanych im wciąż tych samych poglądów, tych samych rozrywek co innym. Wtedy nie trzeba myśleć. Bo niby o czym? O czym może myśleć społeczeństwo po przegranej wojnie? Zimnej wojnie. Kiedy nowy Wielki Brat wmawia pokonanym, że przegrali dla własnego dobra, że teraz mają wreszcie szansę na szczęście? (Oczy zebranych milczą). Kiedy wmawia, że nie pokonał nas, że taka jest sprawiedliwość dziejowa. Nie mówi, że generalnie miał na celu ochronę dóbr posiadaczy, że chronił ich przed wrednymi komunistami.
W autobusie stworzonym jak dla bydła istnieją także rozrywki. Najczęściej są to auta na poboczu świeżo po wypadku. Ci, którzy przegapili ciekawostkę zazdroszczą szczęściarzom, ale i tak wszyscy bez wyjątku opowiedzą rodzinie i znajomym o stłuczce. Czasami jest to wariat mówiący od rzeczy i wtedy wesołości nie należy już ukrywać. Jeśli ją chowasz głęboko w sobie nie znaczy, że masz rację. Wszak naród domaga się igrzysk. A kiedy naród czegoś się domaga, należy mu to dać od czasu do czasu. Innym razem jest to pijaczyna po pięćdziesiątce podrywający panienkę. Jeden z tych co jeszcze się nie pogodził z tym, że żadna już go nie chce. Z tych, co w młodości wszystkich kolegów podejrzewali, że próbują ich ubiec lub co najmniej przeszkodzić w podrywie upatrzonej panienki.
W piątki i soboty wieczorem jadą brzydkie kobietki i napalone chłopczyki na modną akurat dyskotekę. Inaczej sobie nie padną namiętnie w objęcia jak pod wpływem głośnej muzyki, alkoholu i marihuany. Tylko w takich okolicznościach odrażające, karykaturalne gęby stają się twarzami pełnymi uroku. W tych warunkach kobietka może także zinterpretować czkawkę jako wyjątkowo głęboki orgazm, bo objawy się przecież zgadzają. W sobotę i w niedzielę wracają chłopczyki na kacu, zalegają w fotele i drzemią szczęśliwi, bo lżejsi o kilka zębów, kilkadziesiąt złotych i jedną prezerwatywę. Kobietki również są zadowolone, bo jest znowu kilka tematów o najbliższych przyjaciółkach na cały tydzień. Nie wszyscy uśmiechnięci, ale wszyscy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku jadą chorować i kłócić się z matkami.
Każdego dnia spotkać można młodzież uczącą się. Stare wredne baby wymyśliły na nią określenie: „torbowcy”. Stare, wredne baby nie rozumieją, że wożąc się w autobusach jako te kamienie, kiedy odwiedzają kolejnych krewnych z okazji i bez, nie uszczęśliwiają ich. Już prędzej wpędzają je w złość i poczucie winy. Bierze się to z faktu, że rodziny mają dosyć każdej słodkiej chwili ich obecności. Baby umilają sobie jazdę plotkowaniem o wojnie, której nikt już nie chce rozpamiętywać, chorobach (własnych i otoczenia, spotkanych i zasłyszanych) i wychowanych przez siebie niewdzięcznikach, którzy z kolei ich nie chcą rozpamiętywać. Opowiadają sobie jeszcze co okrutniejsze zbrodnie (wszystkie, byle nie własne). Wpierw pierwsza mówi:
– Wie Pani? Wczoraj to tak mnie bolała wątroba, że naprawdę już nie widziałam co robić.
– To na pewno wrzody na dwunastnicy. Mój mąż na to umarł, a mówiłam ciepło się ubieraj – wyrokuje druga.
– A w kolanie tak mnie rwało, nie mogłam chodzić.
– Miałam dokładnie to samo. Znam to, znam to – potakuje druga.
Albo:
– A później siekierą, no wie Pani, tą co zawsze do drewna stała w piwnicy odrąbał jej rękę i trzymał w lodówce.
– Co Pani szanowna powie, no, no – cmoka druga.
– Później zarąbał dzieci i sąsiadkę.
– Dzieci i sąsiadkę powiada Pani, no, no – nie wiadomo czy się upewnia, czy nie może wyjść z podziwu dla żywotności mordercy.
Albo, i to w najgorszym wypadku, opowiadają sobie telenowele.
Za nimi zazwyczaj siedzą (zapewne prawem symbiozy) wredne prawiczki narzekające na wrednych komuchów, których pozostali mile wspominają podobnie jak czasy z nimi związane. Jak powszechnie zresztą wiadomo wredne prawiczki są wredne, bo są prawiczkami, a są prawiczkami, bo są wredne.
Normalni Torbowcy najwyżej spojrzą z pogardą na taką zgraję.
Nie zdziwiłbym się, gdybym usłyszał w tym kramie rozmowę pomiędzy Antygoną, a Sokratesem:
A. (podnosząc ze stolika filiżankę z herbatą i upijając z niej łyk w sposób zgodny z najnowszymi trendami bon tonu): Muszę pochować swojego brata.
S. (podobnie jak Antygona podnosi ze stolika filiżankę, ale z kawą): Ale czy to sprawiedliwe?
A. (podpalając ręcznie zrobionego rękami własnej służby papierosa z marihuany): Mój brat zasłużył na to sobie.
S. (zabierając się do krojenia żyletką wyjętą z kieszeni najmodniejszego fraka świeżo z Holandii, przemyconego papierka nasączonego LSD na porcje): Ale czy to dobrze?
A. (z namysłem przymierzając stare, ale jare baterie do nowego wibratora): Moim obowiązkiem jest pochować brata.
S. (kontemplując dobry kompot polecony przez kumpla z dworca w Katowicach): Widzę! Widzę Platona w jaskini!
A. (z błyskiem w oku, nadzieją w głosie i wypiekami na twarzy): A zmieści się tam jeszcze mój brat?
Bo tak to bywa. Każdy robi to, co do niego należy nie zawsze dzieląc się z otoczeniem. Niektórzy udają, że go nawet nie ma.
Każdy człowiek w pojeździe to symbol. To mała kropka nad i. Jest Wielki Sternik wyznaczony do tego ostatecznie i nieodwołalnie przez KZK GOP-owską mafię. Organizację o której istnieniu wszyscy są głęboko i bezdyskusyjnie przekonani, ale której nikt nigdy na oczy nie widział. Znaczy to chyba, że pasażerowie pojazdów komunikacji przestrzennej, bo przecież nie międzyludzkiej, są ludźmi głębokiej wiary. I chociaż został on im narzucony niejako przemocą, to oni ufają mu tak bardzo, że nie patrzą mu nawet na ręce. Byłoby to zresztą dosyć trudne, bo kierowcy zazwyczaj się izolują, strzegą swej prywatności jak zagrożonego bastionu. Czasem tylko wpuszczą kogoś do swojej kabiny. Taki delikwent jest przez to automatycznie arystokracją. Jest ważniejszy nawet od szlachty fotelowej w godzinach szczytu. On Obcuje Z Kierowcą. Na równi z nim stoją jeszcze kanary (nie mylić z kanalarzami). Są oni powszechnie wzgardzoną i wzbudzającą lęk formą ucisku społecznego. Sami się jednak boją bardziej bojowych jednostek i grup zorganizowanych.
Szlachta fotelowa reprezentuje sobą uciskającą klasę kapitalistyczną, unikając równocześnie widoku stojących, jeśli to możliwe. Jednak nawet na tę kosę może się znaleźć kamień pod postacią ludzia z dziecięciem na ręku, lub kaleki. Jeśli ten ostatni jakimś cudem dostanie się do pojazdu oczywiście.
Najniżej stoją ci co stoją. Łatwo się przy tym denerwują na wszystko. Jest tylko jeden wyjątek: rodzic z dzieckiem w wózku. Niepisana reguła mówi, że miejsce wózkowi się należy.
Pewnego dnia pewien nieznany nikomu starszy pan z butelką jabola w dłoni rzekł do zebranych tak oto: No co? Kto powiedział, że wszystko w życiu musi się udać?

Katowice, dn. 1.11.02
Paweł Juszczyk
Paweł Juszczyk