Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

CODZIENNA MAGIA, SPRAWOZDANIE Z WARSZTATÓW EKOLOGICZNYCH W SCHUMACHER COLLEGE W DNIACH 6-25.10.2002

CODZIENNA MAGIA
SPRAWOZDANIE Z WARSZTATÓW EKOLOGICZNYCH
W SCHUMACHER COLLEGE W DNIACH 6-25.10.2002
Jest późny wieczór 5.10, gdy docieram na miejsce. Przywozi mnie taksówka ze stacji Totnes (na południu Anglii). Stajemy przed dostojnie wyglądającym, szeroko osadzonym w ziemi niewielkim budynkiem. Pytam kierowcy, czy to istotnie tu się mieści ta słynna szkoła XXI wieku, gdzie przyjeżdżają takie sławy jak R. Scheldrake, V. Shiva, F. Capra i wielu innych; gdzie bywał też H. Skolimowski. Jedynym szyldem jest bowiem niewielki napis na szybie drzwi wejściowych, który dostrzegam za chwilę w półmroku „SCHUMACHER COLLEGE”.

Wchodzę więc i już za chwilę znajduję się w miłej atmosferze jadalni, przy gorącej herbacie, oglądam spiżarnię („może coś zjem?”) i witam kilka osób. Jedną z nich jest nasz co-focalizer James Murray-White, a kolejną Ann Phillips – Dyrektor College’u. Przekazuję pozdrowienia od Profesora Skolimowskiego – i już czuję się jak w rodzinie. Nie mam ochoty na jedzenie, jestem zmęczona po długiej podróży, opowiadam więc pokrótce me przygody z biletem (nie spotkałam osoby, która miała dla mnie bilet i w ostatniej chwili dojechałam na dworzec, gdzie nabyłam nowy) i spóźnionym pociągiem. Dostaję piękny samodzielny pokój z wielkim łożem (jak się potem okazuje wszyscy takie mają – może jedynie bez tego podwójnego łóżka) i zapadam w zdrowy sen.
Budzę się rano ze słońcem, wypoczęta (jest ciepło w pokoju!), a więc otwieram rozsuwane na całą ścianę okno. Mam piękny widok na kwitnące w tym czasie ogromne kwiaty magnolii i kilka budynków. To zabudowania mieszkalne College dla personelu i studentów. Na śniadaniu poznaję cały zespół (jest nas 14 osób na tym kursie) oraz 10 studentów Uniwersytetu w Plymouth, odrabiających tam część swego programu. Zaraz po śniadaniu odbywa się w pięknej stylowej sali z kominkiem prezentacja „nowych” oraz całego zespołu – także nauczającego i kierownictwa. Jesteśmy zapoznani z dziennym porządkiem (odbywa się to codziennie), a na zakończenie każdy może przeczytać poezję, zabrać głos, zaproponować wspólne ćwiczenia.
Największym powodzeniem, jak się później okaże, jest masaż osoby stojącej w kole przede mną, a następnie za mną. Potem przez 20 minut wszyscy (podzieleni na grupy) pomagamy przy sprzątaniu, w pralni, w kuchni (nie ma tu dodatkowego personelu) lub dzielimy się uwagami dotyczącymi codziennych zajęć z osobą wspomagającą małą grupę. Po południu lub wieczorem mamy też dyżur w kuchni (gotowanie lub sprzątanie), niemniej nie jest to uciążliwe i zbyt absorbujące.
Posiłki są bardzo urozmaicone, kolorowe, wegetariańskie. Największym powodzeniem cieszy się mimo wszystko stół z pieczywem (często gorącym), masło, sery, dżemy. Idą tego codziennie tony, gdyż to miejsce jest stale dostępne dla wszystkich.
O 10-tej zaczynamy zajęcia. Przez pierwszy tydzień będzie z nami Freya Matthews z Uniwersytetu La Trobe w Australii, znana z wielu publikacji m.in. książki The Ecological Self. Freya jest typowo „akademicka” – wykłada, teoretyzuje, definiuje. Mówi o ekofilozofii, ekofeminizmie, bioregionalizmie, globalizacji i lokalizacji – swoim miejscu na ziemi itd. My (towarzystwo mieszane z różnych krajów i środowisk, zarówno „akademickie” jak i typowi praktycy – działacze społeczni, wolontariusze, budowniczowie domów ekologicznych i społeczności lokalnych) protestujemy. Chcemy „żywej wiedzy”, choć niektórym „akademikom” to odpowiada. Program przemienia się w wykładowo-dyskusyjny, a nawet opowiadamy sny i marzenia. Robi się „luźniej”, bardziej po ludzku.
Po 3 godzinach jest obiad, a następnie przez pierwszy tydzień sporo czasu wolnego. Oczywiście jest stały dostęp do Freyi i możliwość zadawania pytań. Zagłębiam się w bibliotekę. Jest ponad 4000 woluminów, wszystko „nowalijki”: Bohm, Capra, Moore, Wilber... i działy np. ekopsychologia, ekofilozofia, religie, nowy obraz świata. Dopadam jak zgłodniała strawy, choć mam często okazję, będąc na różnych konferencjach zagranicznych i warsztatach czytać nowości.
Pojawia się Satish Kumar – Dyrektor Programowy, dyskutuje z każdym. Zaraz „połykam” jego książki, m.in. No destination i „jeszcze ciepłą” You are, therefore I AM.
Zresztą znam go wcześniej z wykładu na konferencji For the Love of Nature w Findhorn Foundation w 1999 r. Jest skromny, emanuje spokojem. Razem gotuje kolację w jeden dzień tygodnia z częścią naszej grupy (wszyscy wykładowcy są włączeni w ogólne zajęcia). Ma także wieczorne spotkanie z nami w kolejny dzień.
W każdą środę odbywa się otwarte publiczne spotkanie. Przychodzi okoliczna społeczność (nawet przyjeżdża). Sala jest nabita po brzegi. Zwykle jest wykład osoby akurat prowadzącej zajęcia lub zapraszanej z zewnątrz (poezja). Na pierwszym spotkaniu prezentujemy się krótko. Po wykładzie jest długa dyskusja. Społeczność, dzięki tego rodzaju sąsiedztwu, jest mądra, oczytana, „oświecona”. Zadaje głębokie filozoficzne pytania. Jak się później okazuje jest także aktywna społecznie.
W drugim tygodniu przyjeżdża Roger Deakin – pisarz (A Swimming Journey through Britain), filmowiec, podróżnik (właśnie wrócił z Kazachstanu). Wraz z Freyą wprowadzają nas w inny styl zajęć.
Następnego dnia, zaraz po porządkach po śniadaniu wyruszamy na wycieczkę. Pada. Wypożyczam w ostatniej chwili kalosze (całe szczęście!) i biorę parasolkę (stanie się ona potem sławna, szczególnie przy intensywnych wiatrach, wywracając się „do góry nogami”, niemniej bardzo pomocna). Część uczestników jest bardzo dobrze przygotowana, ma mnóstwo „warstw ochronnych”, reszta „przemaka do spodu”. Jedziemy dosyć daleko w odludne okolice Devon, notabene bardzo piękne. Brodzimy po wodzie (wszędzie woda), przekraczamy kilkakrotnie rzekę. Chodzimy, wydaje się bez końca i celu. Właśnie, szukam sensu i początkowo nie mogę go zupełnie znaleźć. Mało rozmawiamy (z zasady takie jest polecenie), a raczej bardziej się snujemy. Potem siadamy na mokrych kamieniach i wśród mżącego lub intensywniej padającego deszczu zjadamy przywiezione kanapki. Mam ciepłą herbatę, więc „ratuję” skostniałych.
Nie ma czegoś takiego jak zwiedzanie, bo nie bardzo jest co. Jest doświadczanie – bycie w tej sytuacji, z przyrodą... przeżycie.
Wreszcie wracamy do samochodów... by zmienić miejsce pobytu. Jest już trzecia godzina, niemniej wycieczka jeszcze się nie skończyła. Kilka osób chce wracać. Ja wracam także. Czuję się przemarznięta. Po powrocie natychmiast zasypiam. Zapominam o obiedzie, dyżurze, całym świecie...
Od następnego dnia zajęcia prowadzi tylko Roger. Czyta fragmenty prozy, poezji, przytacza opisy przyrody „skądś tam”. Dostajemy mnóstwo skopiowanych stron. A potem... zaczynamy pisać o sobie, o swym doświadczeniu – byciu tym miejscem.
Poza dwiema nieśmiałymi studentkami – wszyscy piszą. Każdy znajduje coś odkrywczego. Nikt nie pamięta niczego przykrego, wszyscy są w procesie doświadczania.
Następnego dnia od rana dostajemy kolejną porcję przykładów z literatury. Widać wyraźnie, że Roger nabiera formy. Nie jest tylko niestrudzonym podróżnikiem, ale gawędziarzem i „łowcą cytatów”. Potem znowu jedziemy na wycieczkę – tym razem po południu. Idziemy wzdłuż rzeki Dart – jej dopływów. Momentami jest trudno. Musimy zejść w dół, w głęboki kanion. Droga wspina się po kamieniach lub nagle opada. „Mierz siły na zamiary” – szczęśliwie jakoś pokonuję te przeszkody, choć coraz bardziej słyszę wewnętrzny sygnał STOP. Tempo jest coraz szybsze – wygląda na to, że wszyscy zaprawieni są w tego rodzaju wspinaczkach. Co odważniejsi zdejmują też ubrania i wskakują do szumiącej wody. Roger z nimi.
Wieczorami jest zawsze jakaś aktywność – pantomima, wspólne gry, teatralne inscenizacje. Włączeni są wszyscy. Wszyscy się przebierają, bawimy się świetnie.
Rano znowu piszemy – o rzece. Potem uczymy się pisać wiersze, np. haiku i wszyscy je tworzymy. Pisanie idzie każdemu coraz lepiej. Niektórzy tak się wprawiają, że piszą całe poematy, nawet wspólnie. Potem prezentują niektóre na wieczorze pożegnalnym. Wiersze są „na czasie”, zawierają wszystko, co zaprezentowała Freya, jedynie w zabawnej formie: stary obraz świata i nową jego wizję. Jest mnóstwo śmiechu i zabawy. Bawimy się do późna, aby rano... zacząć znowu pisać.
Pod koniec drugiego tygodnia Freya nas opuszcza, zostaje tylko Roger, który w swój spokojny, męski sposób, włączając nowy asortyment przykładów, „wyławia” z uczestników ich talenty. Wyobraźnia, emocje, wrażenia – wszystko ma tu swe miejsce. Intelekt zaczyna służyć jako narzędzie, już on nie rządzi. To wyobraźnia odkrywa całe swe bogactwo wyrazu i środków i to ubierane jest w słowa. Czasem brak słów – jak to wyrazić co niewidzialne, niewyrażone, a jednak żyjące w nas, skoro się pojawiło...
Ostatnie dwa tygodnie są tak intensywne, że proszę o wolny dzień. Gdy inni udają się na kolejną wyprawę w nieznane, ja tymczasem „dostaję w darze” piękną wycieczkę samochodem nad morze i „spokojne doświadczenia w swoim rytmie”. Słyszę wewnątrz: „zwolnij tempo”, „znajdź swój rytm”.
Właśnie znalezienie swojego rytmu pozwoli nam wszystkim w tym rozpędzonym pociągu, jakim jest obecnie życie, na cieszenie się każdą chwilą „codziennych cudów”, których w szalonym pędzie nie możemy zobaczyć lub po prostu możemy je zgubić.
Zainteresowanych kursami i studiami nauk holistycznych w Schumacher College odsyłam na strony www.schumachercollege.org. Tam też można znaleźć możliwości dofinansowania.

Dr Ewa Białek
Prezes Stowarzyszenia „Edukacja dla Przyszłości”
syneredu@free.ngo.pl
Dr Ewa Białek