Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

KAPITALIZM, KONSERWATYZM I TRADYCJA: ŚCIERAJĄCE SIĘ Z SOBĄ PARADYGMATY U PROGU MILENIUM cz. I

UPORZĄDKOWANIE TEMATU

KRYZYS ŚWIATOWY

Wielu ludzi zastanawia się dziś, w jakim kierunku zmierza świat i różnorodne stworzone przez ludzkość idee i przekonania. W ostatnich czasach byliśmy świadkami rozlewu krwi i okrucieństw, które nie mieściłyby się w głowie dziewiętnastowiecznego optymisty. Jednocześnie – przynajmniej na Zachodzie i w kilku krajach wschodnioazjatyckich – osiągnięto poziom zamożności i postępu technicznego, o którym kiedyś można było tylko marzyć. A jednak wszystko wskazuje na to, że cywilizacja zachodnia wraz z całą planetą pogrążają się w stanie dogłębnego, stałego i intensywnego kryzysu, narastającego z dnia na dzień. Należałoby spróbować przyjrzeć się różnego rodzaju teoriom oraz ideom i rozstrzygnąć, w jakim stopniu przyczyniły się one do powiększenia lub złagodzenia stanu zapaści w naszych ponurych czasach.

Jedna z podstawowych linii politycznego podziału biegnie chyba pomiędzy krytykami i obrońcami dwudziestego stulecia. Często słyszy się głosy, że najwięcej przemocy przyniosły: dążenie do urzeczywistnienia świeckiej utopii oraz wynikające z niego represyjne totalitaryzmy. W tym świetle Stalin, Lenin, Hitler, Mao i Pol Pot jawią się jako najstraszliwsi zbrodniarze naszych czasów. Sama lista tych nazwisk jest częściowo politycznie definiująca, jako że liczni intelektualiści zachodni usiłowali zachować wyidealizowany obraz komunizmu oraz położyć większy nacisk na neotradycjonalistyczne, autorytarne i reakcyjne aspekty nazizmu.

Z drugiej strony ktoś, kto twierdzi, że obecne społeczeństwo zachodnie znajduje się w stanie głębokiej zapaści, zostaje automatycznie uznany za prawicowego lub lewicowego dysydenta. Liberalne lub lewicowo-liberalne ugrupowania środka opiewają marsz postępu, osiągający swój szczyt w technicznej „utopii” Ameryki Północnej końca XX i początku XXI w. Określenie „konserwatyzm” utożsamia się częstokroć z tak zwanym „neokonserwatyzmem”, zachwalającym ów kapitalistyczny (albo pokapitalistyczny) raj. Zwolennicy takich poglądów muszą stale wyśpiewywać peany na cześć czasów współczesnych, np. bez przerwy podkreślając, że „Ameryka jest w porządku”. Neokonserwatyści zdecydowanie sprzeciwiają się próbom przesunięcia praktyki konserwatyzmu w kierunku bardziej tradycjonalistycznym. Tego rodzaju bardziej tradycyjny konserwatyzm określa się niekiedy mianem „konserwatyzmu społecznego” i „paleokonserwatyzmu”.

Tradycyjnym konserwatystom wiek dwudziesty wyraźnie nie przypada do gustu. Stanowczo potępiając totalitaryzmy początku stulecia, widzą jego końcówkę jako okres nasilającego się, doskonale sterowanego „totalitaryzmu społecznego” w różowych okularach.

Lewicowi liberałowie natomiast potępiają w czambuł nazizm pierwszej połowy wieku (charakteryzowany, jak już wspomniano, jako neotradycjonalistyczny, autorytarny i reakcyjny), odnajdując sporo zalet komunizmu i wychwalając końcówkę stulecia (za wyjątkiem wpadek takich jak w Bośni). Warto przy okazji zauważyć, że dla liberała lewicowego wszystkie negatywne zjawiska społeczne i polityczne są zawsze „pozostałościami po ciemnej przeszłości”. Opinię dwudziestego wieku ratują dzieje po 1945 r., a zwłaszcza l. 60.

W porównaniu z lewicowymi liberałami, neokonserwatyści są zdecydowanymi antykomunistami, którzy najwięcej wysiłku włożyli w prowadzenie zimnej wojny. Stanowiła ona swego rodzaju spoiwo zespalające szeroko rozumiane ugrupowania „prawicowe” w jedną koalicję. Warto przypomnieć, że w l. 50., kiedy rząd amerykański poszukiwał sojuszników w walce z komunizmem, uznał antykomunistycznych socjaldemokratów (w rodzaju Sidneya Hooka) za sprzymierzeńców w tej wojnie. I chyba właśnie w tamtych czasach należy upatrywać źródeł wpływów i prestiżu neokonserwatyzmu.

Od paleokonserwatyzmu odróżniają go poglądy na współczesne tendencje na Zachodzie i w Ameryce. Po zakończeniu zimnej wojny różnice pomiędzy obydwoma ugrupowaniami stały się wyraźne i niemożliwe do zatarcia. Paleokonserwatyści ciążą ku coraz radykalniejszej krytyce czegoś, co uznają za „reżim kierowniczo-terapeutyczny” i „społeczny totalitaryzm”, zaś neokonserwatyści pochwalają spełnienie idei amerykańskości i cieszą się swoim znacznym udziałem w jej tryumfie.

Różnice między neo- i paleokonserwatystami w USA widać wyraźnie na przykładzie ich stosunku do Europy, zwłaszcza kontynentalnej. Filozofia i polityka paleokonserwatystów może być scharakteryzowana jako „eurocentryczna”, natomiast neokonserwatyści i ich sprzymierzeńcy w świecie nauki i kultury z naciskiem odrzucają Europę, postrzeganą jako kolebkę dekadencji, nihilizmu i „etatyzmu”, tak prawicowego, jak i lewicowego. Myśliciele neokonserwatywni nieustannie podkreślają powiązania między teoriami społecznymi i filozoficznymi Europy a nazizmem i Nową Lewicą l. 60. Taka postawa nawiązuje do tradycyjnej w Stanach, protestanckiej pogardy wobec autorytarnej (a zarazem rozwiązłej) Europy katolików, jednocześnie gruntownie przekształcając żywione przez „starą prawicę amerykańską” pojęcie o USA jako „pierwszym narodzie uniwersalnym”. Tradycyjny wizerunek amerykańskiej „wyjątkowości” zostaje teraz oparty na teoriach liberalnych (szczególnie na idei praw) – nie zaś na religii, etniczności, czy innych „pojęciach ze Starego Świata”. Amerykański model „demokratyczny” uznaje się zarazem za awangardę postępu i dziejów, do której wcześniej czy później doszlusują wszystkie inne kraje na świecie. Dysydenci lewicowi i prawicowi różnią się z reguły opisem charakteru głębokiego kryzysu. Pomimo wyjątków, m.in. Christophera Lascha, nazwanego „lewicowym konserwatystą społecznym”, lewicowa i prawicowa krytyka panującego układu sił znacznie się od siebie różnią. Tak zwana „lewica odszczepiona” – reprezentowana np. właśnie przez Lascha – może stać się pomostem łączącym obydwie frakcje. Innymi możliwymi połączeniami mogą być komunitarianie, populiści, czy myśliciele ekologiczni.

Paleokonserwatyści posiadają jeszcze bardziej „prawicowych” (w rozumieniu amerykańskim) sojuszników w postaci tzw. paleolibertarian. Paleolibertarianizm jest głębiej zakorzeniony w amerykańskiej tradycji politycznej niźli paleokonserwatyzm, któremu trudno czasami sprostać niektórym fundamentalnym mitom Ameryki, nawet w ich formie „nie przekształconej”.

Szermowanie pojęciem „konserwatyzmu” zaciera ogromne różnice pomiędzy paleokonserwatystami, paleolibertarianami, libertarianami i neokonserwatystami. Niezależnie od tego, jak zdefiniujemy konserwatyzm, stanowi on istotny zbiór idei, którym rzadko kto uważniej i bardziej systematycznie się zajmuje. W poniższych rozważaniach autor postara się krytycznie przeanalizować to, co brytyjski filozof Roger Scruton nazwał „znaczeniem konserwatyzmu” w epoce współczesnej, tak by przekonać się, czy konserwatyzm stanowi (lub może stanowić) spójny światopogląd, który ma ludzkości jeszcze coś ważnego do przekazania, czy też okaże się workiem, gdzie wrzuca się różne oportunistyczne idee w imię ustalonych interesów; czy jest pewną postacią zracjonalizowanego egoizmu, niegodną dłuższego zastanowienia. Czy konserwatyzm rzeczywiście broni status quo niezależnie od tego, gdzie jest wyznawany, w Ameryce, Rosji albo Chinach, czy też można uznać go za pogląd bardziej pozytywny? Czy konserwatyzm zachodni jest nierozerwalnie związany z rabunkowym kapitalizmem i technicyzacją, z chciwością i egoizmem, czy też zawiera jakieś wyższe ambicje? Autor przyjrzy się konserwatyzmowi krytycznym okiem, oddając mu jednak sprawiedliwość, w nadziei na zrozumienie światopoglądu powszechnie uznawanego obecnie za „problematyczny”.

KWESTIA ZNACZENIA

Jedną z doniosłych myśli nt. związków semantyki i ideologii, wyrażoną m.in. przez George’a Orwella w 1984, jest stwierdzenie, że semantyka, bynajmniej nie będąca czymś nieistotnym, jest kluczem do utrzymania danego, politycznego lub społecznego systemu idei – czyli Nowomowa to Ingsoc, Ingsoc to Nowomowa. Spójność lub jej brak (w odniesieniu do definicji), dodatnia lub ujemna wartość (emocjonalna), przypisywane zazwyczaj określeniu pewnej ideologii, bardzo wiele mówią o jej pozycji w społeczeństwie. Słowa i język służące do opisu zjawisk politycznych i społecznych („słownik B” w 1984) stanowią główne środki umacniania się ideologii w społeczeństwie. Należy zauważyć, iż skomplikowane, wielowarstwowe terminy polityczne w rodzaju „konserwatyzmu” (lub „liberalizmu” czy „socjalizmu”) u większości ludzi wywołują natychmiastowe reakcje emocjonalne i kojarzą się z pewnymi obrazami.

Niewyrażalne treści emocjonalne „konserwatyzmu” wahają się od tęsknych wspomnień urody gotyckiej katedry, zielonej wsi i średniowiecznego chrześcijaństwa, kiedy rodził się ten światopogląd (dla konserwatysty tradycjonalistycznego) po zapiekłą niechęć do ludzi pokroju białego szefa korporacji, wylegującego się w swoim apartamencie na szczycie wysokościowca na Manhattanie i kapitalistycznej struktury ucisku, którą uosabia (dla przeciętnego lewicowca lub lewicowego liberała).

Nie można zaprzeczyć, że określenie „konserwatyzm” stało się prawdziwym labiryntem sprzecznych często znaczeń, po części pejoratywnych. Nawet samozwańczy „konserwatyści” nie dostrzegają w tym światopoglądzie głębszych niuansów. Można odnieść wrażenie, że tacy ludzie tworzą sobie „ulubione definicje”, które usiłują potem narzucić współwyznawcom, często w sposób arogancki i nietolerancyjny. Doszło do tego, iż ideologiczni rywale konserwatyzmu wcale nie muszą się zbytnio wysilać, aby posiać jeszcze większy zamęt na politycznym polu bitwy.

SŁABOŚĆ MYŚLI KONSERWATYWNEJ

Można dostrzec, że dzisiejszy konserwatyzm stanowi chaotyczną filozofię – trzęsawisko niespójnych, przeczących sobie nawzajem i bezkształtnych idei. Pomimo trwających dziesiątki lat wewnętrznych debat, konserwatyzmowi nie udało się, ogólnie rzecz biorąc, przedstawić logicznej i konsekwentnej wizji samego siebie. Nic innego nie mogło przydarzyć się światopoglądowi, który usiłuje zjednoczyć pod jednym sztandarem Barry’ego Goldwatera i T.S.Eliota. Żadna tego rodzaju „równowaga” nie wydaje się niezbędna.

Jedną z przyczyn niedorozwoju konserwatyzmu była jego słabość w stosunku do współczesnego świata. Dominacja ideologii i praktyki lewicowej sprawiła, iż wszystkie teorie prawicowe zostały wrzucone do jednego worka, co doprowadziło do przymusowej „fuzji” dziewiętnastowiecznego liberalizmu z tradycyjnym konserwatyzmem i zatarcia różnic pomiędzy nimi. Zjednoczenie dwóch niegdyś mocno się od siebie różniących filozofii jest nie tylko uznawane za sojusz taktyczny (zupełnie do przyjęcia), lecz coraz częściej traktowane jako nowa „synteza” teoretyczna i filozoficzna. Zwłaszcza powojenny konserwatyzm amerykański ze szczególnym zapałem podjął się często pomysłowych racjonalizacji tego nowego filozoficznego punktu widzenia. Na przykład George Nash, autor Konserwatywnego ruchu intelektualnego w Ameryce po r. 1945, podzielił powojenny konserwatyzm w USA na „tradycjonalistów”, „zjednoczeniowców” i „libertarian”. Trudno o teoretyczne uzasadnienie poglądów „zjednoczeniowców”, „małżeństwa z przymusu” dwóch dawniej sprzecznych teorii. Trudno również powiedzieć, w jakim stopniu rozpowszechnienie idei „zjednoczenia” pomogło czy przeszkodziło rozproszonym grupom amerykańskiej prawicy, tym bardziej że konserwatyzm w ujęciu tradycyjnym po prostu nie może być „libertariański”. Czysty libertarianizm (reprezentowany np. przez wczesnego Murraya Rothbarda i Leonarda Peikoffa) z pewnością nie jest „tradycjonalistyczny”. Co więcej, obydwa te nurty przez większą część swych dziejów ze sobą rywalizowały (por. spór między „klasycznym konserwatyzmem” a „klasycznym liberalizmem”). Z kolei czysty libertarianizm jest nowym ujęciem i podejściem do „klasycznego” liberalizmu. Sprawę jeszcze bardziej komplikuje niejasność definicji amerykańskiej „starej prawicy”. Zręczna definicja obejmowałaby eurocentryczną myśl ludzi pokroju Erica Voegelina, Paula Gottfrieda i Claesa G. Ryna i innych; filozofię uczonych szkoły Burke’a, takich jak szacowny Russell Kirk; tradycję rolniczego Południa i reprezentujących ją filozofów i pisarzy (szczególnie M.E.Bradforda, Wendella Berry’ego i Flannery O'Connor); szczyptę „celtyckości” (prezentowaną zwłaszcza w twórczości Grady McWhineya); wreszcie ogólną obronę „serca Ameryki”.

Należy przy tym zauważyć, iż na przestrzeni dziejów, na poziomie praktycznym i popularnym, amerykańska „stara prawica” składała się z zagorzałych indywidualistów i zwolenników kapitalizmu, a przeciwników państwa, dbających przede wszystkim o swoją wolność – natomiast w Europie kontynentalnej (i w mniejszym stopniu w Anglii i Kanadzie) prawdziwa „stara prawica” stanowiła diametralne przeciwieństwo tamtej – skupiona na społeczności i państwie, wierząca w zasady społecznej i duchowej integracji i harmonii. Można posunąć się wręcz do twierdzenia, że „tradycjonalizm” w czystej postaci praktycznie w Ameryce nie istniał, a naturalną postacią konserwatyzmu jest tam „zjednoczeniowość” (rozumiana szeroko jako mieszanka klasycznego liberalizmu i konserwatyzmu). Pozostaje zatem zdecydować, która z „mieszanek” jest odpowiednią filozofią, porzucając przedkładanie „tradycjonalizmu” ponad „zjednoczeniowość”.

Autorzy praktycznie wszystkich prac, których celem było stworzenie możliwej do przyjęcia definicji lub strategii działania konserwatyzmu, musieli zmierzyć się z tą dwoistością koncepcji „Starej Prawicy”. Np. w pierwszym wydaniu Ruchu konserwatywnego (1988) Paul Gottfried i Thomas Fleming rozpaczliwie manewrują pomiędzy paradygmatem pro- a antypaństwowym. Surowy, Goldwaterowski, „nieokrzesany indywidualizm” dużej części „Starej Prawicy”, jej huraganowe ataki na „państwo opiekuńcze” nie przysporzyły jej zanadto popularności, a już z pewnością sponsorów w kołach „wielkiego biznesu”. Raczej nie ma co marzyć o możliwości zawrócenia wskazówek zegara i znalezienia się w rzekomo konserwatywnym „Złotym wieku”, owej mitycznej erze „przed New Dealem”. Trudno byłoby zgodzić się ze stwierdzeniem, że społeczny konserwatyzm prowincjonalnej Ameryki ma cokolwiek wspólnego z agresywną wolną amerykanką i amoralnością kapitalizmu wielkomiejskiego, na który co najmniej przymyka oko większość konserwatystów w Stanach. W pracy Konserwatyzm kulturowy, opublikowanej w 1989 r. nakładem świeżo wówczas powstałego Instytutu Konserwatyzmu Kulturowego (przedłużenia Fundacji Kongresu Wolności Paula Weynricha), mimo że na poparcie swych argumentów nie przytaczano w niej bogatej klasyki konserwatyzmu, wykazano się większym realizmem i uznano, że problem zasadza się na pytaniu, kto przejmie kontrolę nad rządem, a nie czy w ogóle będzie istniał jakiś rząd. Łatwo zauważyć, iż administracja współczesnego rządu zawsze będzie „opiekuńcza” i biurokratyczna – chodzi raczej o rozpoznanie idei i przekonań przekazywanych przez taktykę i działania biurokracji.

NEOKONSERWATYŚCI

Warto w tym punkcie wspomnieć o zjawisku neokonserwatyzmu, dziś często błędnie utożsamianym – zwłaszcza przez lewicowych liberałów i samych neokonserwatystów – z całym ruchem konserwatywnym. Określenie „neokonserwatyzm” bardzo się obecnie rozpowszechniło. W środkach masowego przekazu oznacza on zazwyczaj konserwatystę nowego typu, który opakował swoje idee w sposób możliwy do strawienia dla opinii publicznej. Z drugiej strony panuje pogląd, że „wolny rynek”, redukcje budżetu i zmniejszanie deficytu – czyli czysty, nie zniekształcony kapitalizm – są określane jako główne tezy światopoglądu neokonserwatywnego. W ścisłym tego słowa znaczeniu „neokonserwatystami” nazywa się grupę rozczarowanych nowojorskich liberałów (Normana Podhoretza, Irvinga Kristola i in.), którzy w l. 70. przeszli na stanowiska prawicowe. Należy podkreślić, że najczęstsze zarzuty paleo- wobec neokonserwatystów – że używają języka socjologicznego, odrzucają metafizykę i tradycyjny teizm, że jest im „za dobrze” na rządowych posadach (co utożsamia się z „zaprzedaniem się” „wielkiemu rządowi”), wreszcie że późno się nawrócili – pod względem filozoficznym nie dadzą się obronić. Krytyka głębsza, zaprezentowana np. w książce Gottfrieda i Fleminga, skupiła się na ich globalistycznym kapitalizmie i demokracji oraz na społecznym liberalizmie – co stanowczo sprzeciwia się duchowi klasycznego konserwatyzmu.

Bardziej ryzykowna krytyka odwołałaby się do pomysłów, że elity rządzące z radością tworzą sobie lub powołują do istnienia pseudo-opozycję lub „łagodnych dysydentów”, tym sposobem unieszkodliwiając elementy dążące do prawdziwie radykalnych zmian. Establishment kierowniczo-terapeutyczny może czuć się spokojny pod warunkiem, że wszystkie dochodowe i wymagające fachowości stanowiska „na prawo” będą zajmowane przez krytyków „łagodnych”, nie zaś „ostrych”.

ZWOLENNICY STRAUSSA

Wyrafinowanych intelektualistów, idących śladem Leo Straussa, uznaje się czasami za ewentualnych pionierów odrodzenia konserwatyzmu. Jest to długa i zawikłana kwestia, zasługująca na odrębny esej. Tak jak w przypadku wielu ruchów intelektualnych, zwolennicy Straussa dzielą się na wiele różnych typów, a ich grono obejmuje postacie takie jak Thomas Pangle, Allan Bloom i Jack Kemp (ze względu na jego motywowane „normami i wartościami” podejście do systemu kształcenia). W miarę dopływu funduszy, coraz więcej intelektualistów zgłasza akces do „sieci” Straussowców. (Tradycjonaliście winien dać do myślenia fakt, iż nurt ten poza granicami Ameryki jest praktycznie nieznany.)

Nie da się z pewnością zaprzeczyć, że obecni Straussowcy charakteryzują się wzrastającym „akademizmem” i krytyka lewicy w ich wykonaniu nie jest bynajmniej ani mocna, ani gwałtowna. Trudno określić związki między uważną analizą tekstów, powiedzmy, Ksenofonta czy Tukidydesa, a współczesną sytuacją polityczną. Zapału nie wystarcza częstokroć do przeprowadzenia zdecydowanej krytyki współczesnego społeczeństwa, a co dopiero mówić o „ubabraniu się” akcjami politycznymi. Stąd też, mimo osiągnięć naukowych, ich skuteczność praktyczna pozostaje dość ograniczona. Śmiało podnoszący głos Bloom wyłamał się z ram łagodnej i pozornie apolitycznej argumentacji naukowej a la Strauss.

Sam tytuł książki Blooma (The Closing of the American Mind – w polskiej edycji jako Umysł zamknięty) może stać się dobrą ilustracją zadziwiająco „dialektycznej” postawy uczniów Straussa. Nazywała się ona przecież „zamknięciem” amerykańskiego umysłu. Pozostaje to w zupełnej niezgodności z konwencjonalnymi zarzutami wobec l. 60. jako okresu „zbytniej otwartości”. Autor zręcznie zastosował pojęcie „zamkniętego umysłu” w odniesieniu do lewicy. Z drugiej strony zupełnie pominął kwestię uwarunkowań, które każą ludziom żyć w jakimś społeczeństwie. Bardzo prosty paradygmat oświeceniowy został zestawiony z „zamknięciem umysłu” współczesnej lewicy. Bloom nie zaakcentował jeszcze odważniejszego stwierdzenia, że każde społeczeństwo narzuca swoim członkom zbiór przekonań, zaś w Ameryce od l. 60. panuje niemal całkowita i najwyraźniej dobrowolna indoktrynacja. Pojawiło się również zupełnie błędne spostrzeżenie, iż większość dzisiejszej młodzieży to ludzie „mili”, lecz powierzchowni. Ogólnie rzecz biorąc, „mili” są tylko dla tych, od których oczekują łagodności, czyli np. wobec profesorów. Poza tym ich zachowanie charakteryzuje się czasami wręcz okrucieństwem.

W ciągu kilku ostatnich lat w Ameryce Północnej ukazało się kilka prac reprezentujących nurt Straussowski. Nasuwa się konkretne pytanie, czy Straussowcy są poważnymi krytykami – czy też na poły apologetami – istniejącego systemu. Czasami można odnieść wrażenie, że jedną ręką uderzają w panujące elity, a drugą poklepują je po plecach. Z punktu widzenia konserwatysty zwolennik Straussa i uczony akademicki jest czymś lepszym niż neokonserwatysta, ale czy przyszłemu konserwatyście wychodzi na dobre nasiąknięcie ideami Straussa i jego uczniów?

I raz jeszcze można sięgnąć po argumenty podobne jak w przypadku neokonserwatystów (których interesy po części pokrywają się z przekonaniami Straussowców). „Krytyk łagodny” traktowany jest o niebo przychylniej niźli „ostry”; poza tym niewykluczone, że skupia on uwagę na niewłaściwych zagadnieniach (np. klasycznej kontynentalnej filozofii europejskiej), dzięki czemu prawdziwe żądło krytyki konserwatywnej ulega stępieniu. W sumie wszystko to służy reżimowi kierowniczo-terapeutycznemu. Powszechna opinia, iż Straussowcy są arcyreakcjonistami i ultrakonserwatystami, może okazać się zwykłą zasłoną dymną. Jeżeli w oczach przeciętnego liberała Straussowcy tworzą „jądro ciemności”, to wszyscy konserwatyści, którzy się od nich różnią większym radykalizmem, muszą zostać uznani za „faszystów”! A jeżeli mianuje się ich „jedyną prawdziwą (dopuszczalną) inteligencją prawicową”, to prawdziwa debata zaginie i stanie się sztuczna.

TRADYCJONALIŚCI

Gdy pominąć czystych libertarian (i, przynajmniej na chwilę, kwestię „zjednoczeniowców” i „ugrupowań środka”, do których należałoby zaliczyć zapewne zwolenników Straussa), wtedy jedynie tradycjonaliści, w Ameryce i poza nią, będą mogli mieć uzasadnione pretensje do określenia mianem „konserwatystów” w klasycznym i zapewne autentycznym tego słowa znaczeniu. Jednak „tradycjonalistom” nie udało się włączyć w główny nurt współczesnej myśli politycznej i dotrzeć do szerokich rzesz odbiorców. Tego rodzaju konserwatyzm jakby skostniał w zewnętrznych „formach” i liturgii, nie chcąc skorzystać z narzędzi i języka socjologii i zastygając w ramach teologicznych, historycznych i literackich. Typowi „tradycjonaliści” nie zdają sobie chyba sprawy, że grunt, na którym wspiera się ich ortodoksja, już dawno został podminowany przez nowoczesność. W sumie „tradycjonalizm” nie potrafi związać swojej skupionej na wspólnocie etyki ze społeczeństwem. Dlatego wszystko wskazuje na to, iż jedyną szansą klasycznego konserwatyzmu pozostaje znalezienie nowych podstaw etyki społecznej i wywiedzenie niegdyś ogólnie obowiązujących prawd z nowych źródeł.

KONSERWATYZM I KAPITALIZM

Przyjrzyjmy się teraz stosunkowi konserwatyzmu do libertarianizmu czy też kapitalizmu, z którym się go często utożsamia. Historia przekreśla prawdziwość takiego zrównywania. Konserwatyzm – w precyzyjnym, historycznym, klasycznym jego znaczeniu – nie bronił kapitalizmu i libertarianizmu, „libertynizmu” czy „państwa minimum”. „Kapitalizm” nigdy nie stanowił zawołania prawdziwych konserwatystów. Co więcej, to konserwatyści byli pierwszymi twórcami wszechstronnej krytyki kapitalizmu, tego „rozpuszczalnika wszelkiej tradycji w dobie współczesnej”. Autentyczny konserwatyzm pociąga za sobą raczej silny (niż rozbudowany) rząd i jest wrogo nastawiony wobec wartości libertariańskich, które wspierają rozwój wolnego rynku. W takim rozumieniu bowiem „niezmordowany motor kapitalizmu” zawsze miażdżył tradycyjne struktury społeczne, tak bardzo szanowane przez szczerych konserwatystów. Na przestrzeni dziejów „prawdziwie torysowscy” myśliciele nie mieli nic przeciwko zdecydowanym działaniom rządu, które miałyby zapobiegać co bardziej żarłocznym zakusom wolnego rynku i chronić „dobro wspólne”. Klasyczny konserwatyzm pod względem politycznym wywodzi się (przynajmniej w Anglii i Ameryce) z brytyjskiej „demokracji torysowskiej” i tak zwanego „socjalizmu feudalnego”, reprezentowanego przez Disraeliego i kanadyjską „Politykę Narodową” sir Johna A. Macdonalda, a nie z myśli Locke’a, Adama Smitha i Szkoly Manchesterskiej. Jak stwierdził kiedyś kanadyjski filozof George Parkin Grant, to liberalizm, a nie konserwatyzm, stanowi „doskonałą ideologię kapitalizmu”. Spadkobiercy klasycznych konserwatystów – w odróżnieniu od naśladowców liberałów – wskazują na niewystarczalność ekonomicznych środków znieczulających i materialnych „rozwiązań” co pilniejszych problemów społecznych, duchowych i psychologicznych współczesności. Przywiązują przy tym wielką wagę do czynników spajających społeczeństwo, takich jak rodzina, wspólnota, religia i kultura i przedkładają tego rodzaju zbiorowe więzi moralne i społeczne ponad aspekty gospodarcze. Z tego punktu widzenia widać wyraźnie, iż kapitalizm – w stopniu nie mniejszym niż socjalizm – rani i rozdziera tkankę społeczną. Nawet sam Marks i Engels w zadziwiająco dwuznacznym fragmencie swych prac wskazał na iście rewolucyjną dynamikę kapitalizmu w tym względzie:

Burżuazja odegrała w historii rolę w najwyższym stopniu rewolucyjną. Burżuazja, tam gdzie doszła do władzy, zburzyła wszystkie feudalne, patriarchalne, idylliczne stosunki. Pozrywała bezlitośnie wielorakie więzy feudalne, które przykuwały człowieka do jego „naturalnego zwierzchnika”, i nie pozostawiła między ludźmi żadnej innej więzi prócz nagiego interesu, prócz wyzutej z wszelkiego sentymentu „zapłaty gotówką”. Świętobliwe dreszcze pobożnej egzaltacji, rycerskiego zapału, drobnomieszczańskiej rzewności zatopiła w lodowatej wodzie egoistycznego wyrachowania. Godność osobistą sprowadziła do wartości wymiennej (...) Burżuazja zdarła aureolę świętości z wszystkich rodzajów zajęć, które otaczano dotychczas szacunkiem i na które spoglądano z nabożną czcią. (...) Burżuazja zdarła ze stosunków rodzinnych ich tkliwie sentymentalną zasłonę i sprowadziła je do nagiego stosunku pieniężnego. (...) Burżuazja nie może istnieć bez nieustannego rewolucjonizowania narzędzi produkcji, a więc stosunków produkcji, a więc całokształtu stosunków społecznych. (...) Wszystkie stężałe, zaśniedziałe stosunki wraz z nieodłącznymi od nich, z dawien dawna uświęconymi pojęciami i poglądami ulegają rozkładowi, wszystkie nowo powstałe stają się przestarzałe, zanim zdążą skostnieć. Wszystko, co stanowe i zakrzepłe, znika, wszystko, co święte, ulega sprofanowaniu i ludzie muszą wreszcie spojrzeć trzeźwym okiem na swoją pozycję życiową, na swoje wzajemne stosunki. K. Marks & F. Engels, Manifest Komunistyczny, Książka i Wiedza 1976, s. 73-75 (tłumacza nie podano).

W świetle powyższego ustępu ironicznego charakteru nabiera fakt, iż wielu współczesnych konserwatystów staje się zaciekłymi „obrońcami kapitalizmu”. Jasno widać, że „odczarowywanie świata” tworzy warunki dla powstania kapitalizmu, który z kolei „przygotowuje grunt” pod socjalizm. Na jeszcze większą ironię losu zakrawa fakt, że to Marks ukuł i spopularyzował określenie „kapitalizm”. Niejaką perwersją jest przejmowanie określeń wymyślonych przez własnych krytyków i nawiązywanie do wizerunku bezlitosnych kapitalistycznych nadzorców i butnych przedsiębiorców – a taką postawę prezentuje wielu młodych „konserwatystów”, ozdobionych tytułami magistrów ekonomii i ekskluzywnymi garniturami.

W naszym społeczeństwie do omawiania wszelkiego rodzaju problemów (z „kwestiami społecznymi” włącznie) służy paradygmat i język ekonomi, który – ze swoją „użytecznością”, „wydajnością” i „oszczędnością” – staje się czymś obowiązującym. W początkach swojej kariery amerykański publicysta George F. Will trafnie opisał trudności, jakie cywilizacja handlowa ma z przypisywaniem wartości innych niż ekonomiczne, trudności z właściwym ujęciem istotnym imponderabiliów (Źle skierowany szacunek, w: Dążenie do cnoty i innych wartości torysowskich, 1982, s. 28). Można postawić tezę, że właśnie istnienie i status owych „istotnych imponderabiliów” stanowi prawdziwy, ważki – choć niewyrażony – problem, przed którym stoimy, nie zaś namiastki „problemów”, wypełniające stronnice gazet i fale radiowe i zaprzątające myśli tylu osób, które zwą siebie „konserwatystami”. Możliwe, że właśnie one powinny zająć uwagę przynajmniej części współczesnego ruchu konserwatywnego. Jak mówił George Grant, największe zadanie nie polega dziś na kontynuowaniu ekspansji gospodarczej i rozwoju ilościowym, lecz na próbach wprowadzenia do tego technicznego świata jakości i piękna istnienia – uczynieniu zeń miejsca, w którym można odkryć bogactwo życia (Umysł ludzki w dobie atomowej, w: Canadian Political Thought, 1985, str. 289). Libertarianizm i neokonserwatyzm wprowadziły współczesną filozofię konserwatywną w ślepy zaułek i zmieniły wizerunek konserwatyzmu dokładnie w chwili, gdy tradycjonalizm mógł oddziałać na szerokie rzesze ludzi.

Konserwatyzm rozwijał się w epoce romantycznej i czasach wiktoriańskich jako „humanistyczna” (choć może nieco donkiszotowska) filozofia, której znamienitymi przedstawicielami (w świecie anglojęzycznym) byli Coleridge, Southey, Carlyle i harwardzcy Nowi Humaniści. Reformatorzy torysowscy pokroju Lorda Shaftesbury i Disraeliego wyczuwali odruchowy konserwatyzm zwykłych obywateli. Rozszerzenie brytyjskiego prawa wyborczego na klasy inne niż tylko średnia spowodowało klęskę liberalnego leseferyzmu. Podobnie Bismarck wprowadzał w Niemczech ery Wilhelma najbardziej wówczas nowoczesną legislację społeczną i prawa chroniące robotników. Dziś konserwatyzm powszechnie kojarzy się z „cnotą egoizmu” i dogłębną niechęcią wobec wszelkiego rodzaju regulacji gospodarczych – oraz pomocy socjalnej. Konserwatyzm nie ma już szans na wizerunek filozofii, która dąży do tego, co „przyzwoite” i „ludzkie”, gdyż na szyi ciąży mu kamień młyński „społecznego darwinizmu”. Bo kapitalizm sam w sobie nie odwołuje się do lepszej części ludzkiej natury. Co więcej, często świadomie zaprzecza istnieniu takich cech w człowieku. Współczesne zbliżenie między konserwatyzmem i kapitalizmem jest swego rodzaju faustowską transakcją, w której ramach, w zamian za drobne korzyści polityczne, konserwatyzm utracił teoretyczną jedność i konsekwencję, tracąc przy tym samą duszę – za którą warto byłoby walczyć.

WADY TRADYCJONALIZMU

POKONANY PRZEZ WSPÓŁCZESNOŚĆ

Spośród ugrupowań zwących się „konserwatywnymi” chyba jedynie „tradycjonaliści” mogą zgłaszać pretensje do bycia konserwatystami w klasycznym tego słowa znaczeniu. Z drugiej jednak strony odegrali oni stosunkowo nieznaczną rolę w toku najnowszej historii. Można posunąć się wręcz do stwierdzenia, iż zostali rozgromieni przez współczesność, że oszołomił ich napływ nowych sił i prądów, tak że pozostali, łopocząc na wietrze niczym wystrzępiony sztandar wielkiej niegdyś cywilizacji. Jednym ze skutków tej wielkiej klęski było intelektualne skostnienie wielu tradycjonalistów, jeszcze bardziej zmniejszające ich wpływ.

Rzecz jasna w obrębie „cywilizacji ekonomicznej” takiej, jak nasza – złożonej z „podatników” zamiast obywateli – prawdziwi tradycjonaliści nie mogą nie sprawiać wrażenia Don Kiszotów, bo nawet sam używany przez nich język stał się w naszych czasach zupełnie niezrozumiały. George Grant opisywał tę złowróżbną, Orwellowską tendencję w swojej Technice i imperium:

Wszystkie języki prócz służących osiąganiu nieograniczonej wolności poprzez technikę uległy zniszczeniu w procesie stawania się takimi, jacy jesteśmy. Dlatego nie sposób publicznie wyrazić poczucia straty, a co gorsza, nie potrafimy go wypowiedzieć nawet wobec samych siebie. Nie pozostały nam żadne słowa, które łączą się z sobą i wywołują z ukrycia owo dobro, którego brak niejasno odczuwamy. (Technika i imperium,
House of Anansi, Toronto, 1969, s. 139)

„EZOTERYCZNA METAFIZYKA”

Najistotniejsze prawdy tradycyjnego konserwatyzmu pozostały w miarę niezmienne, lecz metafizyczne podstawy, na których kiedyś się one opierały, przestały być w naszych czasach oczywiste. To, co rabin Mayer Schiller określił jako „konserwatyzm metafizyczny” – w pracy (Niespokojne) sumienie konserwatysty – padło ofiarą kruszenia owych fundamentów i jednoczesnego zachwiania stanowisk, które się na nich wspierały.

Do przeszłości należą czasy, gdy warunkujące tego typu konserwatyzm przesłanki teologiczne lub metafizyczne mogły być zakładane a priori, na wiarę. Po narodzinach nowych bogów nauki, rozumu i techniki, człowiek wie zbyt wiele o własnej mocy pojmowania, by mógł jeszcze wierzyć (Eleonor Bertine, Największy wpływ Junga na jego epokę, w: Wpływ Junga na nasze czasy, pod red. Elisabeth Rohrback, C.G.Jung Institute, Nowy Jork: 1967, s. 11).

Dlatego „konserwatysta metafizyczny”, chcąc bronić konserwatyzmu, jest zmuszony bronić fundamentów religijnych, na których spoczywają jego przekonania. Okazuje się to wysiłkiem rozpaczliwym w naszym „zwichniętym” społeczeństwie, gdzie o śmierci Boga mówiło się już przed stu laty.

Nawet dla wielu spośród tych, którzy wierzą w abstrakcyjne istnienie Boga, nie jest oczywista słuszność wniosków wyprowadzanych z tej przesłanki przez konserwatystów.

Nie mam tu zamiaru atakować religii jako takiej, lecz tylko wskazać trudności, jakich nie może uniknąć konserwatyzm zakorzeniony w metafizyce religijnej. Argumenty przeciwko religii są dziś tak powszechne i oczywiste, że tylko zadeklarowani wyznawcy przyjmują do wiadomości rozumowanie religijne.

BŁĘDY BURKE’A I JEGO UCZNIÓW

Tradycyjni konserwatyści jeszcze bardziej zagmatwali swoje idee – na znak czci wobec praktycznie kanonizowanego Burke’a – i skompromitowali teorię konserwatywną, kładąc zbytni nacisk na obronę „tradycji” i „ustalonych instytucji” w przekonaniu, iż tym sposobem bronią jednocześnie samego konserwatyzmu. Nie wolno jednak zapominać, że kontekst społeczny, w którym powstawały pisma Burke’a – jeszcze względnie konserwatywny – ustąpił dziś miejsca wszechobecnemu liberalizmowi. Efekty, z punktu widzenia współczesnych konserwatystów, są paradoksalne, jak nie omieszkał wskazać teoretyk liberalny Morton Auerbach w swoim Złudzeniu konserwatyzmu:

Światopogląd Burke’owski był możliwy do obrony , dopóki można było jeszcze żywić przekonanie, że konserwatywne wartości społeczne są silniejsze od liberalnych wartości ekonomicznych. Jasnym jest, że żadnemu konserwatyście nie przyszłoby do głowy stawiać taką tezę w stosunku do współczesnej Ameryki, tak więc cała koncepcja Burke’a upada.
(Złudzenie konserwatyzmu, Colombia University Press, Nowy Jork, 1959, s. 202)

Broniąc „tradycji” z całym dobrodziejstwem inwentarza albo z uporem przeciwstawiając się każdej „zmianie”, współcześni „tradycjonaliści” sami zastawiają na siebie pułapkę. Przecież nikt nie powinien pragnąć zmiany bardziej niż oni w tym naszym „nowym, wspaniałym świecie”. Tradycjonaliści winni bronić tradycji ściśle konserwatywnych (których pozostało naprawdę niewiele), nie zaś tradycji jako takiej. Jak zauważył Auerbach, większość współczesnych konserwatystów jakby pomyliła „metody działania” z „całościową ideologią”:

Tradycjonalizm jako opór wobec zmian i obrona istniejących instytucji, jest metodą działania w konkretnej sytuacji; a metody działania nigdy nie są słuszne w oderwaniu od kontekstu. W związku z tym tradycjonalizm jest „przenośny” i może zostać wykorzystany przez każdą ideologię (…) Metody nabierają znaczenia tylko poparte z jednej strony wartościami, a z drugiej daną sytuacją (…) Zwolennik tradycji samej w sobie musi pogodzić się ze zmianą, gdy tylko stanie się ona przyjmowaną powszechnie rzeczywistością. Tym sposobem tradycjonalista zmienia się we własne przeciwieństwo. Gdy oderwie się od wartości, obrona zastanych instytucji przestaje być obroną czegokolwiek (…) instytucji należy bronić, wychodząc z założeń wartościowych, oraz z „praktyki”. (Złudzenie konserwatyzmu, s. 248).

Faktem jest, że tego rodzaju dosłowny Burke’anizm zapomina o tym, że liczy się zawartość ideowa, a nie struktura danej instytucji. Stare instytucje, podobnie jak stare słowa, mogą stać się puste i wypełnić fałszywymi pojęciami. To, że wymagania wobec kandydatów na doktorów nauk humanistycznych są dziś niezwykle surowe nie sprawia bynajmniej, iż uczelnie są miejscami konserwatywnymi pod względem ideowym – co więcej, pewne kręgi świata naukowego tworzą liberalno-, a nawet radykalnie lewicową „hierarchię”. Co powiedzieć o „głównych” kościołach chrześcijańskich w Stanach, Kanadzie, Wielkiej Brytanii i innych krajach – ilu spośród ich przywódców znalazło się dalej na lewo od swych wiernych? Dobrze znana jest także proliberalna „aktywność jurysdykcyjna” Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, jednej z najbardziej „elitarnej”, zamkniętej i niereprezentacyjnej (a zatem konserwatywnej?!) instytucji w całej Ameryce. Konserwatywni uczniowie Burke’a popełnili ten sam błąd co lewica radykalna, tyle że w drugą stronę. Ta ostatnia z zasady atakuje wszelkie ustrukturyzowane organizacje i „zastane instytucje”, niezależnie od ich nastawienia ideologicznego (czy neutralności), natomiast Burke’owcy wszystkich tego rodzaju instytucji bronią.

NIECHĘĆ DO SYSTEMATYZACJI

Jedną z przyczyn bagatelizowania treści ideologicznej instytucji jest kolejna wada współczesnego „tradycjonalizmu”. Chodzi o pełne dumy wyrzeczenie się (a la Burke) „ideologii” i „intelektualizowania”, jakimś sposobem uznawanych za cechy nieodmiennie groźne i niekonserwatywne. Jak często słyszy się konserwatystów, którzy prezentują pewien „temperament, a nie ideologię” lub zachwalają „brak wyrazistości” konserwatyzmu. W uszach typowego „tradycjonalisty” „ideologia” brzmi jak coś potwornego, symbol Lewiatana, słowo z gruntu złe. Sięgnijmy jednak do definicji słownikowej tego terminu:

1. myślenie wizjonerskie; 2a. Systematyczny zbiór koncepcji, zwłaszcza odnoszących się do ludzkiego życia i cywilizacji; b. sposób lub treść myślenia jednostki, grupy lub cywilizacji, c. Zintegrowane twierdzenia, teorie i cele, tworzące program społeczno-polityczny. (Webster’s Seventh New Collegiate Dictionary. Merriam, Springfield, Massachussetts, 1967, s. 413).

Zastanawia, czemu „tradycjonaliści” odczuwają aż taką niechęć do najzwyklejszej w świecie systematyzacji własnych poglądów. Jednym z powodów jest na pewno opór przed atakowaniem Burke’a, który stał się swego rodzaju symbolem; do niego należy dodać obawę, że klasycznie konserwatywna niechęć wobec dzikiego kapitalizmu stanie się zbyt jawna i spowoduje wyparcie „tradycjonalizmu” z areny politycznej.

Tego pokroju konserwatyści zbyt dosłownie odczytali powiedzenie Michaela Oakeshotta, iż konserwatyzm jest po prostu „skłonnością” do wspierania tego, co zastane, zamiast szukania lub pragnienia czegoś innego; cieszenia się tym, co jest, a nie tym, co było lub może się zdarzyć. (Michael Oakeshott, O byciu konserwatystą, w: Kieszonkowy elementarz konserwatysty pod red. Russella Kirka, Viking Penguin, 1982, s. 568). Gdy potraktować to dosłownie, należałoby uznać Breżniewa za wybitnego przywódcę konserwatywnego. Powierzchowny, „sytuacyjny” konserwatyzm tego rodzaju zupełnie nie sprawdza się w dzisiejszych czasach (i w ogóle jest nie do przyjęcia jako filozofia), bardzo często doprowadzając do politycznego i społecznego unieruchomienia konserwatystów.

NOWY KIERUNEK

Bezwarunkowe poparcie dla wyraźnie liberalnego status quo byłoby szaleństwem ze strony konserwatystów. Bo gdy konserwatyści zaczną bronić status quo, politycznie poprawna lewica tym chętniej ich zaatakuje jako konserwatystów właśnie – gdy tymczasem stanowcza „krytyka z prawa” dociera do liberalnego establishmentu i wprowadza do istniejącego układu sił odrobinę realizmu, ujawniając, które spośród swoich niegdysiejszych obietnic spełniła radykalna lewica liberalna w istotnych dziedzinach społecznych, politycznych i kulturalnych, nie zwracając się natomiast ku sferze gospodarczej, gdyż praktycznie wszyscy z chęcią potwierdzają „skuteczność” wolnego rynku i sił rynkowych.

Wspomnieliśmy już o nieuniknionym „napięciu” na linii klasyczny konserwatyzm – kapitalizm, warto jednak zauważyć w tym miejscu brak prawdziwej sprzeczności pomiędzy społecznym liberalizmem a kapitalizmem w gospodarce. Symbolem owej „syntezy” są okrzyczani „yuppies” l. 80. – „fiskalni konserwatyści”, czyli kapitaliści, doskonale wpasowani w system korporacji, zadurzeni w technice, itd.; oraz „liberałowie społeczni”, tj. „postępowcy”, sympatycy wszystkich „słusznych spraw”, obojętni wobec rodziny, religii, etyki, moralności i wszystkiego tego, co mogłoby przeszkodzić im w pokazowej, wyuzdanej konsumpcji czy „narzucić jakieś ograniczenia” trybu życia.

„Tradycjonaliści”, mimo bogatej spuścizny dziejowej i filozoficznej (może nawet najgłębszej i najbogatszej spośród wszystkich tradycji społecznych, filozoficznych i politycznych, obejmującej praktycznie wszystkie przednowoczesne społeczeństwa i ich myślicieli – oraz liczne społeczeństwa i myślicieli współczesności) po prostu nie zdołali przedstawić swej koncepcji hipernowoczesnemu społeczeństwu, które błyskawicznie posuwa się do skrajności najprymitywniejszych liberalnych, postfreudowskich i poprawnych politycznie ideologii. Wszystko wskazuje na to, że owa „wielka i szlachetna tradycja” zamarła.

DĄŻENIA ZJEDNOCZENIOWE A PRZYSZŁOŚĆ KONSERWATYZMU

EWOLUCJA TENDENCJI JEDNOŚCIOWYCH

Dzisiaj tak zwana „zjednoczeniowość” stanowi wielką nadzieję licznych konserwatystów, szczególnie w Ameryce. Określenie to zostało w l. 50. ukute przez Franka Meyera, który próbował zbliżyć do siebie rozproszone ugrupowania amerykańskiej prawicy. Co ciekawe, Meyer określał samego siebie jako libertarianina, lecz czuł konieczną potrzebę nawiązania kontaktu z innymi ówczesnymi frakcjami prawicowymi.

Dziś mianem „zjednoczeniowości” można określić każdy światopogląd prawicowy, którego zwolennicy bronią nieskrępowanej przedsiębiorczości i są wrogo nastawieni wobec „wielkiego rządu i państwa opiekuńczego”, wyznając przy tym zasady klasycznie konserwatywnej etyki społecznej. Obecnie da się wśród amerykańskich tradycjonalistów zauważyć silny nurt zjednoczeniowy. Konserwatyzm skupiony na sprawach społecznych, skoncentrowany wokół państwa i antylibertariański ma dziś niewielkie szanse zaistnienia. Tak więc dawną triadę tradycjonalistów, zjednoczeniowców i libertarian zastąpiły rzesze tych drugich (którzy często niezbyt dbają o klasyczną konserwatywną etykę społeczną) oraz zamknięte elity hiperkapitalistów, nie zainteresowanych, a czasem wręcz wrogich imperatywom i potrzebom życia społecznego. Niewykluczone, iż „zjednoczeniowość” (w szerokim tego słowa znaczeniu) jest jedyną możliwością wyboru dla amerykańskich konserwatystów. Wszystkie amerykańskie tradycje (poczynając od przesiąkniętych duchem Locke’a Ojców Założycieli, poprzez Deklarację Niepodległości, a kończąc na konstytucji) są odzwierciedleniem jakiegoś rodzaju tendencji „zjednoczeniowych”, mieszanki klasycznego konserwatyzmu i klasycznego liberalizmu.

Dlatego trudno chyba uznać „zjednoczeniowość” amerykańskiego konserwatyzmu za jakiś zarzut, zwłaszcza że tego rodzaju nurty pojawiały się już od początku dziejów Stanów Zjednoczonych. Wydaje się wobec tego, że opisana powyżej „zjednoczeniowość” jest naturalną postacią amerykańskiego konserwatyzmu.

„NEOTRADYCJONALIZM” A PROJEKTY ZMIAN SPOŁECZNYCH

Nie musi to jednak oznaczać, że konserwatyzm czysto „tradycjonalistyczny” nie ma prawa bytu pośród różnorodnych szkół myśli politycznej w Ameryce (na podobieństwo licznych prądów myśli lewicowo-radykalnej) – i że nie należy szukać funduszy dla wspierania jego prac teoretycznych w Ameryce i na świecie. Amerykańska „zjednoczeniowość”, że nie wspomnę już o libertarianizmie czy neokonserwatyzmie, nie powinna też być narzucana innym krajom, gdzie może ona być nie tylko niepotrzebna, ale nawet szkodliwa.

„Tradycjonalizm”, jako najgłębszy nurt konserwatyzmu i wyraz praktycznie wszystkich światopoglądów przednowoczesnych (licznych koncepcji świata powstałych przed l. 60.) zasługuje na znacznie większe niż dotąd poparcie, zwłaszcza w dziedzinie teoretycznej, tym bardziej że wszystko wskazuje na to, że tylko on jest w stanie sformułować „całościową krytykę” współczesnego społeczeństwa kierowniczo-terapeutycznego.

Można postawić tezę, iż jedynie tego rodzaju „całościowa krytyka” jest w stanie wywołać radykalne zmiany w biegu dziejów ludzkości.
Strategia niezliczonych batalii politycznych, kiedy nie krytykuje się, a czasami wręcz wpisuje w paradygmat lewicy liberalnej, bardzo szybko zaczyna przynosić więcej szkód niż zysków. W sumie przecież ci spośród konserwatystów, którzy wcześniej nazywali Związek Radziecki „autorytarnym, seksistowskim, rasistowskim, imperialistycznym i kolonialistycznym reżimem, który gwałci prawa człowieka” tylko utwierdzali potęgę liberalnych „słów boskich i diabelskich” w społeczeństwie zachodnim, i – mimo że mieli być może jakiś wpływ na kształtowanie postaw liberalnych wobec ZSRR – przy okazji obnażali słabość i osłabiali konserwatyzm na Zachodzie, gdyż w oczach lewicy tego rodzaju reżimem są właśnie Sany Zjednoczone.

KONSERWATYZM W ŚWIECIE WSPÓŁCZESNYM

Można odnieść wrażenie, że w Anglii i kontynentalnej Europie „tradycjonalizm” rośnie w siłę, choć nie jest wyzbyty omówionych wcześniej kłopotów ze „skostnieniem”. Z drugiej jednak strony w niektórych krajach i regionach, np. w Kanadzie i Skandynawii, dwie trzecie prawicy praktycznie obumarło i ugrupowaniem najbardziej prawicowym pozostali libertarianie. Na takich obszarach, gdzie konserwatyzm może zaistnieć na poziomie teoretycznym, mógłby spokojnie przybrać najczystszą, „tradycjonalistyczną” postać, tym bardziej że kwestie „politycznej praktyki” są prawie nieistotne.

Można przy tym wskazać, iż świadomy politycznie konserwatyzm (jakiejkolwiek maści) należy do zdecydowanej mniejszości na Zachodzie i w ogóle na całym świecie, gdyż nie istnieje żaden blok państw hołdujących konserwatyzmowi – jak Zachód wyznaje dziś lewicowy liberalizm, a Związek Radziecki popierał niegdyś doktrynę marskistowsko-leninowską. (Niezależnie od nazwy, jaką przyda się owym ideologiom „w praktyce”)
Cała ta sytuacja znacznie ogranicza pole manewru wszystkich, którzy chcieliby określić się konserwatystami lub, niezależnie od nazwy, odróżniać się od panujących ortodoksji.

STANOWISKO MOCNE

Ogólnie rzecz biorąc, dzisiejsze położenie konserwatyzmu można określić jako „wymuszone” – bez luksusu eksperymentów doktrynalnych, lekkomyślnych postaw i luźnego związku z podstawami programowymi i ideowymi. Dla jego przyszłości niezwykle ważne jest właściwe nakreślenie linii obrony. Obrona indywidualizmu i kapitalizmu nie wróży chyba najlepiej; najmocniejsze wydaje się stanowisko obrony społeczeństwa i społecznego bytowania człowieka.

Wszystko wskazuje na to, że jedyna nadzieja konserwatyzmu leży dziś w przeformułowaniu etyki społecznej, a nie powrocie do dziewiętnastowiecznych instytucji i zwyczajów. Można stwierdzić, że wszystkie współczesne państwa są ze swej natury biurokratyczne – najistotniejsze jest jednak określenie treści ideowych takich struktur biurokratycznych. Leseferyczny kapitalizm został zdyskredytowany i konserwatyści nie powinni popełniać błędu i wiązać się z tą gasnąca gwiazdą. Jakie znaczenie ma obniżenie podatków, gdy samo społeczeństwa zmienia się w kocioł wrzący od wielojęzycznej i wielokształtnej perwersji? Przecież wiele zjawisk późnej nowoczesności, które niepokoją konserwatystów – np. „Hollywood” i „muzyka rockowa” – nie ma nic wspólnego ze strukturami rządowymi i działa na zasadach ściśle wolnorynkowych.

Możliwe, że dla wszystkich tych, którzy zwą się konserwatystami, nadejdzie czas wyboru tego, co cenią wyżej: rodzinę czy bogactwo, społeczność czy kapitał, społeczeństwo czy giełdę, przyrodę czy technikę. Wydaje się, że tylko wybierając pierwsze spośród tych możliwości, będą mogli zachować niejaką wiarygodność, jedność teoretyczną i przywiązanie do „przyzwoitych”, „ludzkich” wartości. Jeśli wybiorą te drugie, może czekać ich zagłada, ponieważ praktycznie przekreślają istotę konserwatyzmu.

POŻYTKI Z OŻYWIENIA „TRADYCJONALIZMU”

Można podnieść zarzut, iż powyższe argumenty są zbyt jednostronne i surowe. Nie ulega wątpliwości, że większość amerykańskich konserwatystów nie będzie chciała zrezygnować z wygodnej „zjednoczeniowości”. Nie da się jednak zaprzeczyć, że istnienie szkoły myśli czysto „tradycjonalistycznej” mogłoby przyczynić się w jakimś stopniu do uzdrowienia amerykańskiego konserwatyzmu, samej Ameryki, czy nawet całego świata. Dzięki temu powróciłoby może poczucie „przestrzeni” i świadomość różnic na arenie politycznej. W tym świetle libertarianie jawiliby się jako radykalni liberałowie (którymi są, zyskując dzięki temu poparcie), a gros amerykańskiego konserwatyzmu ujawniłoby swój liberalny charakter, zyskując na popularności.

Podobne argumenty przemawiają za powstaniem konsekwentnego „tradycjonalizmu” w Wielkiej Brytanii i kontynentalnej Europie. Ciekawe perspektywy otwierałyby się również w Kanadzie, gdzie „tradycjonalizm” zdecydowanie wykroczyłby poza nomenklaturę partyjną i programową, sprawiając raczej wrażenie jakiejś eklektycznej odmiany socjalizmu niż „prawicowego konserwatyzmu kapitalistycznego”.

ZJEDNOCZENIOWOŚĆ, LIBERTARIANIZM A „NEOTRADYCJONALIZM”

Opisana wcześniej „zjednoczeniowość” jest rozwiązaniem pośrednim między klasycznym konserwatyzmem a libertarianizmem. Dlatego też rozrywają ją napięcia na linii między tymi dwoma odrębnymi systemami teoretycznymi, które często dochodzą do głosu i bywają wykorzystywane przez przeciwników konserwatyzmu jako takiego.

Często nasuwa się pytanie, czy co bardziej konserwatywni spośród zjednoczeniowców nie czytali przypadkiem klasyków libertarianizmu. Badając jakąś ideologię polityczną, lepiej skupić się na tekstach zasadniczych i najbardziej stanowczych, nie zaś na bardziej ugodowych. (Marksizm ocenia się raczej na podstawie pism Marksa niż Bernsteina.) Poniżej znajduje się obszerny wyimek z Ku nowej wolności. Manifest libertariański Murraya N. Rothbarda:

Przed epoką nowoczesną do najpotężniejszych pośród sług Państwa należała kasta kapłańska, cementująca straszliwy, potężny sojusz wodza i czarownika, Tronu i Ołtarza. Państwo „ustanawiało” Kościół, przekazując mu władzę, przywileje i bogactwa zabrane poddanym. W zamian Kościół namaszczał Państwo boską sankcją i wpajał ją ludności (…) Na przestrzeni dziejów przymierze Państwa i Kościoła, Tronu i Ołtarza okazywało się najskuteczniejszym sposobem wpajania poddanym posłuszeństwa i poparcia (…) Oczom ustanowionych kapłanów władca jawił się jako Boski pomazaniec albo, w wielu despotiach wschodnich, jako sam Bóg (…) Wieki całe Państwo i jego intelektualiści wykorzystywali liczne i subtelne narzędzia ideologiczne po to, by poddani godzili się na ich rządy. Jednym z najdoskonalszych była potęga tradycji. Im dłużej trwała władza danego Państwa, tym skuteczniejsze było to narzędzie; bo wówczas Dynastia X czy Państwo Y mają za sobą pozorny ciężar stuleci tradycji (…) Siłę tradycji wzmacnia rzecz jasna starożytny obyczaj, który utwierdza poddanych w przekonaniu o słuszności i prawomocności rządów, pod którymi żyją. (Collier Books, Nowy Jork, 1979, s. 55-56)

Każdy encyklopedysta czy jakobin, współczesny liberał czy marksista mógłby podpisać się pod takim tekstem. Lektura różnych „klasyków” libertarianizmu (Rothbarda, Peikoffa, Nozicka i in.) skłania do zastanowienia, jakim sposobem tylu konserwatystów mogły zauroczyć tego rodzaju poglądy. Należy jednak przy okazji dodać, że w późniejszych pracach Rothbard skłaniał się ku czemuś, co można by nazwać „paleolibertarianizmem”. Pisma tego okresu dodałyby otuchy wielu paleokonserwatystom. Jednak między tymi różnymi okresami myśli Rothbarda znajduje się osobliwa luka.

„Czysty” libertarianizm jest jednak możliwością całkowicie nie do przyjęcia dla konserwatysty. Parafrazując Peregrine Worsthorne’a, nie ma co łudzić się, że nurt konserwatywny odrodzi się dzięki jakiejś libertariańskiej mieszance, złożonej z pism Adama Smitha, Johna Stuarta Milla i odgrzanego mleka dziewiętnastowiecznego liberalizmu. (Peregrine Worsthorne, Za dużo wolności, w: Eseje o konserwatyzmie, pod red. Maurice Cowling, 1978).

„Zjednoczeniowość” nadaje się dla tych, którzy zostaliby prawdopodobnie libertarianami, gdyby nie przywiązanie do wspólnoty, kultury i społeczeństwa. Jednak dla prawdziwych konserwatystów „zjednoczeniowość” jawi się raczej jako niepotrzebne, a wręcz szkodliwe stanowisko pośrednie. Amerykańscy konserwatyści winni powrócić do korzeni, do klasyki, do „tradycjonalizmu”, któremu jednak należy się odnowienie i odmłodzenie, bo tylko w takiej postaci będzie mógł odegrać jakąkolwiek rolę w przyszłości konserwatyzmu, a może i ludzkości.

Jak miałoby to wyglądać? Poniżej przedstawiamy zarys takiej postawy

„NOWA NAUKA POLITYKI” RAZ JESZCZE

Główną cechą współczesnego intelektualizmu konserwatywnego, zwłaszcza odmiany „tradycjonalistycznej”, jest unikanie języka socjologii.
Dlatego pierwszym celem teorii konserwatywnej winno być stworzenie czegoś, co można by nazwać naprawdę „nową nauką polityki”, której wstępnym zadaniem byłoby staranne zdefiniowanie kluczowych pojęć politycznych – władzy, ideologii, grupy rządzącej itp. Równałoby się to podjęciu dzieła mi.n. Orwella, Pareto, Michelsa, Moski i Burnhama.

Należałoby przyznać, że każde społeczeństwo, niezależnie od przypisywanych sobie właściwości, jest zdominowane przez ekskluzywny, wąski krąg ludzi dzierżących władzę -elitę. Przed znawcą polityki staje zatem zadanie określenia, kto naprawdę (a nie li tylko oficjalnie) sprawuje władzę we współczesnym społeczeństwie, jakie są najbardziej wpływowe ideologie i jaki sposobami są one rozpowszechniane i wpajane społeczeństwu.

Niezwykle istotne byłoby określenie siły zmagających się w danym społeczeństwie ideologii. Należałoby sporządzić szczegółowe taksonomie lub odwzorowania sceny politycznej. Niezbędne byłoby przeprowadzanie dokładnych rozróżnień, np. pomiędzy zachodnimi neomarksistami (społecznymi liberałami) a wschodnimi marksistami (społecznymi purytanami). Opracowane metody ilościowe i empiryczne pozwoliłyby na zmierzenie z grubsza siły i przewagi ideologii w danym społeczeństwie.

Najwięcej uwagi trzeba byłoby poświęcić ideologii i jej semantyce. Należałoby poszukiwać prawdziwych, a nie tylko oficjalnych znaczeń oświadczeń politycznych; obnażyć ideologiczne fundamenty i presupozycje współczesnego słownika politycznego; wyjaśnić niewyrażone treści emocyjne terminologii i dyskursu politycznego. Wykorzystywane przez ideologie sztuczki i zabiegi semantyczne zostałyby zidentyfikowane, sklasyfikowane i odniesione do danej sytuacji.

Poddano by analizie metody sprawowania władzy przez grupy rządzące (narzędzia przymusu, użyteczności i normy); ukazano powszechne metody i techniki legitymizacyjne; uważnie zajęto by się „krążeniem elit”, zastępowaniem jednej grupy rządzącej inną; rozpoznano by typy opozycji (włącznie z pseudo-opozycją).

Pozostaje mieć nadzieję, iż dzięki tego rodzaju „teorii krytycznej” o zacięciu prawicowym zostałyby zdekonstruowane i zniszczone ideologiczne podstawy współczesnego liberalizmu, co pozwoliłoby na uzyskanie ogólnego opisu „systemu kontroli” i „kondycji” naszego społeczeństwa.
A dzięki uważnemu definiowaniu ideologii okazałoby się być może, iż rządy nie są sprawowane przez „korporacyjno-faszystowsko-autorytarną” elitę (jak chcieliby tego neomarksiści i lewicowi liberałowie), lecz przez zbiorowisko skupionych w ośrodkach miejskich koalicji korporacji, środków masowego przekazu i tworzonych naprędce grup mniejszości, które narzucają swą ideologię praktycznie pozbawionej reprezentacji i przywództwa większości społeczeństwa.

Należałoby się zwłaszcza skoncentrować na mass mediach, wąskiej, zamkniętej kaście, posiadającej wszystkie socjologiczne cechy warstwy, istniejącej poza możliwościami jakiejkolwiek społecznej kontroli, zdolnej do wmuszania ideologii bezbronnym ludziom.

Takie prawdziwie krytyczne, socjologiczne podejście miałoby szansę na obnażenie ideologicznych korzeni, rozdętych pretensji i zadufanej w sobie hipokryzji współczesnego liberalizmu, wszczynając walkę polityczną nowego typu – o „serce i duszę” społeczeństwa – nie rozgrywki o nic nie znaczące kwestie, lecz batalię o najwyższą stawkę dziejową.


Marek Węgierski