Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

„KAZANIA WIOSENNE”

WIARA POLNA

Kiedyś odeszłam od waszego świata, bo prawie zabiliście mnie, ale zawrócił mnie deszcz i jeśli żyję jeszcze, jestem w drodze ku wam. Dlatego mówię do was już teraz, abyście mnie poznali i z powrotem przyjęli.

Wiara jest tam, gdzie cicho mówi się o człowieku i z łagodnością o nim myśli. A wy wszyscy podnosicie na siebie głosy swoje, ciężkie i ostre, jak miecze, które potrafią nawet niebo okaleczyć. Gdybyście chcieli wierzyć prawdziwie, czyż nie powinniście raczej być jak ptaki? One nie krzyczą, ale doskonale pięknie modlą się wśród zielonych różańców liści i tańczą na chwałę ziemi z wiatrami. Nie filozofują i nie wątpią, i cieszą się każdym dniem tak, jak wy każdym dniem pogardzacie. Wierzą każdym wzlotem i ufają w pożytek każdego upadku.

Albo też drzewa. Nieustającym wznoszeniem ramion gałęzi ku słońcu, czyż nie bardziej na nie zasługują niż twarze wasze rzeźbione złością? Czyż trwałość ich nie jest dowodem na najszczęśliwszą wiarę czerpaną tylko z podziwiania latarenek gwiazd nocami, w których wy tylko zanurzacie swoje zło?

Mówię do was, choć jedyną pewnością, jaką mam, jest to, że mnie słuchacie. Mówię: stalibyście się lepszymi, gdybyście jasności istnienia uczyli się od wszystkiego, co właśnie zabijacie.

Uczę, choć zamiast uczniów wokół mam tylko sędziów. Nauczam: nie pożądajcie czasu ani przestrzeni, bo nic z tego nie jest dla was. Nie pragnijcie także niczego, co istnieje namacalnie, bo prowadzi to do wojen, a żadnej z nich nie można nazwać świętą. Otwierajcie się, by dawać, stańcie się jak bezbronni, bo tylko tacy się nie boją, więc wierzą. Pozdrawiajcie się uśmiechami i błogosławcie myślami wypełnionymi troską o innych tak, jak ja troską o was przepełniona błogosławię was z oddali: w imię człowieka i światła, i pokory świętej. Amen.

NADZIEJA POWSZEDNIA

Idę już wiele wieków. Wędruję długo i dokładnie, by przyjść do was prawdziwie. I tym, co martwi mnie najbardziej wśród tej wędrówki, jest to, że nadziei wam brak. Żywicie się chlebem powszednim, ale nadziei powszedniej w was nie ma. Nie bójcie się pospolitej, codziennej nadziei. Przyjmijcie ją choćby od źdźbła trawy i pomnażajcie w sobie na wszystkie godziny wasze.

Albowiem wiem już, co pozostaje człowiekowi, który pozbawia się tego ognia. Zamarza tak, że żadna wieczność nie jest w stanie uwolnić jego serca od chłodu. Mówię z wiarą, że mnie zrozumiecie. Mówię, bo sama byłam w stanie zamarzania, ale w porę nadszedł ratunek. Ogrzano mnie szarą nadzieją następnego dnia i tak zdołałam się wyrwać mroźnej mgle, choć dotąd jeszcze dłoni ogrzać nie potrafię. A widziałam już także tych, którzy szukali długo swojego życia, a okruchem nadziei pogardzili i dlatego dotąd go nie odnaleźli. Oczy im więdną, a potem gniją, a potem znikają bez śladu błysku.

Dlatego teraz przystaję na szlaku, przyklękam i proszę was: nie traćcie nadziei. Nadziei na piękna nieśmiertelność, gwiazd wstawanie i dobra zmartwychwstanie. Amen.

MIŁOŚĆ LUDZKA

Stoję na szczycie ostatniego wzgórza. Ostatni stok przede mną. Tam, w dole, zebrały się już tłumy. Czekacie na moje przyjście, aby móc zniszczyć mój głos, zabijając po kolei każde słowo. Zanim nauczycie mnie milczenia, opowiem wam, jak stąd widać dolinę, którą zamieszkujecie. Każdy z was jest sam. Wszyscy odeszli od wszystkich, w ten sposób nikt nie zna ludzkiej twarzy. Jedynie miłość mogłaby was uratować. Ta, której nie macie.

Kochałam jednego z was i chciałam, by zrozumiał, jak różna jest miłość moja od waszej, którą zastępujecie sobie brak innych rozrywek. Ale za każdym razem, gdy go widziałam, dawał mi tylko smutek i strach. Najpierw byłam przerażona, lecz potem zrozumiałam, że przecież nic innego nie macie, więc tylko to możecie mi ofiarować, albowiem waszym jest jedynie to królestwo. Martwe królestwo pyłu. I znów płaczę nad wami.

Gdybyście mieli miłość, którą znam, prawdziwą miłość ludzką, nie musielibyście się martwić śmiercią czy chorobą. Gdybyście nauczyli się kochać tak, jak mnie kochać nauczono – wszystko wokół byłoby bezpieczne. Temu bowiem, co byście kochali jak ludzie prawdziwi, nie pozwolilibyście umrzeć ani nawet zachwiać się w istnieniu.

Miłość człowieka, który pojmuje, że jest człowiekiem właśnie, byłaby w stanie ocalić was, którzy bez niej jesteście tylko pustką kosmosu miotającego się bez celu pośród nieograniczenia.

I schodząc teraz do was i słuchając coraz bardziej natarczywych słów waszego powitania, widzę, że ta agresja to tylko próba ukrycia potężnej tęsknoty do miłości. Wierzę, że ta właśnie potęga eksploduje kiedyś, jak pąk eksploduje kwiatem, i że będziecie wtedy rozdawać sobie życie, nie zaś wieczne umieranie. Niech każdy z was przyjmuje miłość z rąk każdego innego na cześć i chwałę jej imienia, a także na pożytek wasz i całej tej ziemskiej doliny. Amen.

Agnieszka Kołodziej
maj 1992
Tekst nadesłany na konkurs literacki
„Ekologizm – przewartościowania w kulturze”
Copyright by Klub Środowisk Twórczych
Agnieszka Kołodziej