Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

KULTURA MASOWA – NOWA “DYKTATURA CIEMNIAKÓW” KULTURA NA PRĄD? [ELECTRO-RECYKLING STORY]

Większość dzisiejszych “przebojów” brzmi jak beznadziejne karaoke... nie tylko w sensie wokalno-instrumentalnym, ale również kompozytorskim.

KULTURA MASOWA – NOWA “DYKTATURA CIEMNIAKÓW”
KULTURA NA PRĄD?
[ELECTRO-RECYKLING STORY]

W świecie prasy następuje stały regres niezależnych opinii, aż w końcu kilka środków masowego przekazu posłusznie rozpowszechnia opinie największych koncernów przemysłowych. W tej dziedzinie wzrost ilościowy również położył kres ewolucji twórczej.
Konrad Lorenz, Regres człowieczeństwa
Kiedyś trzeba było być sławnym, by móc pozwolić sobie na skandal,
dziś wystarczy tylko skandal, by uzyskać sławę.
Maurice Chevalier
Jeżeli nie jesteś zajęty możliwością odrodzenia, jesteś zajęty śmiercią.
Bob Dylan (w wywiadzie)
Coś tu się dzieje, a pan nie wie co, nieprawdaż, panie Jones?
Bob Dylan, Ballad of a Thin Man

Jedne pokolenia najwyraźniej rodzą się po to, aby tworzyć, drugie, aby podtrzymywać tradycję, jeszcze inne, aby niszczyć. Żyjemy w beznadziejnych pod względem artystycznym czasach kultury masowej. Łatwość technologiczna, jeśli chodzi o tworzenie dzisiejszej “muzyki”, przyczynia się do upadku muzycznej sztuki jako takiej. Wygląda na to, że jest to “koniec” muzyki rozrywkowej, koniec sensownej twórczości. Komercyjna muzyka rozrywkowa zabrnęła na artystyczne bezdroża i umiera; umiera też z dodatkowego powodu: jest jej za dużo – podaż przewyższa popyt! Na dodatek dziś każdy może być “twórcą”, bez względu na to czy rzeczywiście coś potrafi i czy ma coś istotnego do powiedzenia! Muzyka rozrywkowa stała się muzakiem – dźwiękową tapetą bez znaczenia, zaś istota muzycznej sztuki została zupełnie rozcieńczona dzięki medialnej nadprodukcji. Wszystko stało się więc jak nie mechaniczne, sztuczne, plastikowe, to porażające swą trywialnością, banalnością, pretensjonalnością. Odpadki prawdziwej sztuki, by nie powiedzieć śmieci – czyli to, co kiedyś było wyłącznie marginesem kultury – stały się dziś jej najokazalszą częścią. Że też nie istnieją kary dla producentów śmieci za zanieczyszczanie środowiska kulturowego!
Co pozostanie po naszej epoce? Nieudolne kopiowanie dawnej świetności, loopy z ukradzionymi prawdziwym twórcom dźwiękami i brzmieniami ze “starych” winylowych płyt, okraszone grafomańskimi tekstami, niewyobrażalnym bełkotem? Dziś zresztą mało kto jest zainteresowany tekstem, czy generalnie sensem utworu. A przecież takie zainteresowanie, poparte pogłębioną refleksją, byłoby “ciosem w serce” dla świata producentów komercyjnej tandety! Niestety, istnienie tego świata wydaje się być niczym nie zagrożone – czynność myślenia, przede wszystkim krytycznego, jest najwyraźniej w zaniku. Przeżywamy kryzys wartości. To sytuacja idealna dla producentów szmiry, bo właśnie ów kryzys jest źródłem ich zysków!
CZY ZRYTMIZOWANY BEZSENS, SŁUŻĄCY JEDYNIE DO PODRYGIWANIA,
TO ZNAK KULTURY MUZYCZNEJ NASZYCH CZASÓW?

I to może miałby być ów “nowy, wspaniały świat”, o który walczyli niegdysiejsi społeczni i muzyczni kontestatorzy? Zgroza! Dziś najważniejszą umiejętnością, w miejsce prawdziwej muzycznej twórczości, stała się umiejętność kopiowania i imitacji tzw. hitów. Liczy się tylko to, jak dalece – jako wykonawca – jesteś zbliżony do owych wzorców obsesyjnie lansowanych przez komercyjne środki masowego przekazu. To, jak dalece podobnie brzmisz do skopiowanego “oryginału”, stało się dziś warunkiem sukcesu u publiczności i podstawą pozytywnej oceny tzw. rynku. A tak niedawno jeszcze liczyły się przede wszystkim umiejętności czysto muzyczne, takie jak mistrzowskie opanowanie instrumentu (techniczne, artykulacyjne, ekspresyjne itd.), liczyły się muzyczne i kompozycyjne innowacje, liczyło się tak nowatorstwo, jak i umiejętność stylowego grania “starej” muzyki, że o umiejętności śpiewania nie wspomnę. Dziś, nic z tych rzeczy, panowie i panie wykreowani przez massmedia na “artystów” – możecie spać spokojnie, upojeni błogostanem, jaki daje łatwo osiągnięta sława u niewybrednej publiki. Dziś, nikt od was nie będzie tego wszystkiego wymagał; dziś liczy się jedynie imitacja powołana do życia wymogami zysku. Dziś, za dobre uważane jest bowiem wyłącznie to, co się masowo sprzedaje, to, co chętnie nagłaśniać będą bezideowe, komercyjne środki masowego przekazu. Jeśli więc twój towar, “artysto”, dobrze się sprzedaje, to nie ma powodu abyś “tracił czas” i pracował nad swoją sztuką wykonawczą. Przecież już jesteś idolem mas i to bez niezbędnych artystycznych umiejętności!
NICZEGO WIĘCEJ NIE TRZEBA! JEST COOL, NIEEEEE?!
Tak więc tylko nieliczni muzycy (ich na ogół nie ma na listach przebojów) zajmują się dziś wypracowywaniem własnych środków wyrazu, tylko nieliczni interesują się historią muzyki jako całości, jej poszczególnych gałęzi i gatunków: choćby folku, bluesa, jazzu, rocka, muzyki XX w. itd., a także przenikaniem i mozaikowymi związkami między owymi gałęziami. Jednym słowem, dzisiejszych “artystów” i ich publiczność interesuje bardziej aktualna oferta handlowa pobliskiego sklepu muzycznego, niż całe drzewo muzyki – “informacje o muzyce” czerpią zaś z różnych “MTV” oraz równie przeżartych komercją stacji radiowych i gazet zajmujących się “muzyką”. Dla wielu dzisiejszych “muzyków” i ich bezkrytycznej publiczności jest to, niestety, najczęściej jedyne źródło edukacji muzycznej i estetycznej. Na dodatek większość dzisiejszych schlebiaczy gustom mas, płaszczących się przed masami i umizgujących się do nich, a zwanych nie wiedzieć czemu “artystami” (gdzie podziała się arystokratyczna nieprzekupność artysty?), swój byt sceniczny i sukcesy estradowe zawdzięcza “walorom” pozamuzycznym, pozaartystycznym, pozaideowym – liczy się wyłącznie, a to image, a to epatowanie swym dziwactwem (albo dziewictwem), a to pogaństwo, ilość sznytów po nożu, a to Szatan (względnie Bóg), jakieś popłuczyny po mitologii nordyckiej, płytka góralszczyzna, “inspiracje bałkańskie”, knajackie bratanie się z publicznością, obwołanie “najseksowniejszym tyłkiem pośród wokalistek” (autentyczne!) lub machanie pochodniami na scenie. I ludzie właśnie “to” kupują, chociaż “to” nie jest wcale muzyką, a tylko jej jarmarcznym opakowaniem, pozamuzycznym blichtrem, transakcją wiązaną rodem ze straganu. Oto dzięki czemu dzisiejszy “artysta” zdobywa masowe uznanie!
STRAGANOWY “ARTYSTA” ROZRYWKOWY NICZEGO WAŻNEGO NIE TWORZY,
a chłonąc wszechobecną muzyczną tandetę zajmuje się, jak już powiedzieliśmy, wyłącznie kopiowaniem tejże (recykling!). Na dodatek producenci instrumentów muzycznych, także zwietrzyli doskonały interes; od dziesięcioleci produkuje się więc elektroniczne instrumenty-gadgety, które “z powodzeniem” może jednym palcem obsługiwać muzyczny analfabeta – one grają niejako za niego; mało tego – umożliwiają powielanie, kopiowanie “modnych brzmień” – naciskasz klawisz i już masz gotowe, poszukiwane przez publiczność, “profesjonalne” brzmienia i rytmy. Bez żadnego artystycznego wysiłku! Koniec z niekłamanymi, wysokimi umiejętnościami wykonawczymi czy formotwórczymi, które zdobywa się przez lata pracy! Po co tracić na to swój cenny czas! Czyż nie lepiej poświęcić go na kolejną balangę, którą skrzętnie opisze potem “dziennikarz” z “muzycznego” pisma zajmującego się towarzyskimi plotkami i skandalami – zajmującego się wszystkim, tylko nie muzyką?! Jakimi to umiejętnościami, stricte muzycznymi, wykazaliby się owi “muzycy”, gdybyś wyciągnął im wtyczkę z kontaktu? Co potrafiliby napisać o muzyce niedowarzeni “dziennikarze muzyczni”, gdyby ich “artyści” na poważnie zajęli się swą sztuką?
Niestety, w czasach zaawansowanej technologii elektropopu (kopia, sampling, looping, programming itd.)
BEZ ŻADNEGO TRUDU MOŻESZ BYĆ “ARTYSTĄ”.
Teraz liczą się – obok umiejętności kopiowania – przede wszystkim takie wartości muzyczne i artystyczne, jak kalendarzowa młodość (najlepiej nie mieć więcej niż 25 lat!), coś, co masy uważają za sex appeal (a jest to – przyznajmy – sex appeal rodem z agencji towarzyskiej!), naturalna “umiejętność” gadania od rzeczy, kompletny brak samokrytycyzmu i nieprawdopodobny tupet (nie mylić z odwagą artystyczną prawdziwych muzycznych nowatorów!) lub obrotny “menago”; najlepiej jednak dysponować tym wszystkim naraz. I teraz przez 24 godziny na dobę z głośników radia i tv sączy się nieprzerwanie muzyczny erzatz, kicz, tandeta instrumentalno-wokalna – dzieło muzycznych grafomanów (i ich “opiekunów” o podobnym poziomie intelektualnym). Wraz z panoszącym się kultem młodości, środki masowego przekazu zaprosiły na swe anteny niedorobionych “znawców” muzyki, różnych dj-ów i inne bożyszcza mas o żenującym poziomie intelektualnym i kulturalnym, o “żadnym” poziomie wiedzy o muzyce i sztuce. Wystarczy posłuchać samego ich języka, kiedy to puszczają zakręcone kawałki zakręconych zespołów, które dają totalnie czadu na maxa – i to wszystko, co mają do powiedzenia o muzyce. I ludzie to akceptują!
DZIŚ RECEPTA NA RADIOWĄ I TELEWIZYJNĄ AUDYCJĘ MUZYCZNĄ NAJWYRAŹNIEJ JEST TAKA: “TRZY MINUTY BEŁKOTU, TRZY MINUTY ŁOMOTU”.
A wszystko to na dodatek skąpane w niewybrednej wesołkowatości “prezentera” i podporządkowane idei bezrefleksyjnej rozrywki. Przemyślany dobór utworów muzycznych, pod kątem treści, sensu i przeżycia estetycznego, zastępuje dziś tzw. playlista – wybór dokonywany za pomocą komputera zaprogramowanego na absolutne oddanie i “poprawność polityczną” wobec producentów szmiry. Brakowi prawdziwej prezentacji muzyki – prawdziwej, zamiast “puszczania kawałków” – towarzyszy zanik krytyki muzycznej w mass mediach, a już w ogóle nie do pomyślenia jest uprawianie tam antyreklamy, wskazywanie i ośmieszanie kiczu oraz jego pewnych siebie twórców! Rolą muzyki w mediach jest dziś jedynie nakręcanie koniunktury jej producentom, a nie promowanie jakiegokolwiek poznania czy wzbogacania świata. Redukcja funkcji poznawczych w mediach osiągana jest też poprzez informacyjne “embargo” nałożone na dorobek wcześniejszych artystów, co znakomicie uniemożliwia odniesienie dzisiejszych “osiągnięć” do historii muzyki. Uniemożliwia się w ten sposób dokonanie samodzielnej oceny dzisiejszych “hitów” przez słuchacza, niweluje się bowiem kryteria, niweluje punkty odniesienia. W ten oto sposób
KOMERCYJNE MASS MEDIA PRODUKUJĄ TZW. CZŁOWIEKA JEDNOWYMIAROWEGO,

a więc pozbawionego świadomości kontekstu, nieczułego na całą paletę doznań estetycznych; jednym słowem, potencjalnego lub kompletnego ignoranta w świecie sztuki!
W świecie kultury masowej obowiązuje jedyna, subiektywna i jednowymiarowa hierarchia “wartości”: a mnie się to podoba! Jeśli ogłosi się ankietę na najlepsze zespoły, to biorąca w niej udział publiczność wybierze te najpopularniejsze (patrz tzw. listy przebojów, gdzie zmasowany kicz sąsiaduje [czasem] ze swym, jakże nielicznie występującym przeciwieństwem)! Mało kto bowiem interesuje się obiektywną hierarchią wartości muzycznych, a już najmniej można liczyć w tej materii na fachowość dzisiejszych “znaczących” producentów muzycznych. Dla nich dobra muzyka, dobre dźwięki, to wyłącznie te, które się sprzedają; czym innym po prostu nie opłaca się zajmować. Aspekty kulturotwórcze ich działalności? – nie będą nawet wiedzieli o czym mówisz! Dla nich liczy się wyłącznie jeden cel – ekonomiczny. Prędzej założysz własną wytwórnię, niż zainteresujesz ich swoim obiektywnie dobrym demo, które ma ten “mankament”, że nie spełnia standardów obowiązującej na rynku i promowanej przezeń sieczki. Jakość? – ich przecież interesuje wyłącznie ilość! A owo przemożne zainteresowanie ilością prowadzi wyłącznie do jednego: do schlebiania gustom gawiedzi mającej drewniane uszy (umysły zostawmy tu w spokoju, choć związek jest oczywisty; uszy wyrastają bowiem z głowy i możemy śmiało powiedzieć, że jaka głowa, takie uszy). Aby być odbiorcą sztuki przez duże S, trzeba do jej poziomu dorosnąć; estetycznie, intelektualnie. Trzeba pochylić się nad poznaniem historii muzyki, jej rodzajów i gatunków, linii rozwojowych, stylów, trzeba znać przede wszystkim obiektywną muzyczną hierarchię wartości, słuchać niejako ponadczasowo i autonomicznie,
MIEĆ KRYTYCZNY UMYSŁ, NIE BYĆ ZARAŻONYM BAKCYLEM UNIFORMIZACJI
i mody z “muzycznych” straganów. I mieć świadomość, iż muzyka nie zaczęła się od listy przebojów z zeszłego tygodnia! Tylko tak można stać się, czytelniku, wybrednym i świadomym odbiorcą sztuki, tylko wtedy zaczną się liczyć twoje estetyczne potrzeby, a nie finansowe potrzeby producentów tandety!
Dzisiejszy “artysta” i jego niewyrobiony odbiorca, cierpiący najwyraźniej na znany psychologii tzw. kompleks sztokholmski (chodzi o uzależnienie ofiary od jej gnębiciela, a nawet zaprzyjaźnianie się z nim!) nie poruszają się już pośród kanonów i walorów prawdziwej sztuki, pośród kulturowych ciągłości, a jedynie w plastikowym, bezczasowym, merkantylnym świecie obsługiwanym przez menadżerów – “animatorów kultury”, którzy z kultury uczynili groteskę i targowisko próżności wsparte na giełdzie towarowo-pieniężnej. I jeśli coś się dziś liczy, to realne, handlowe “teraz”. Kultura masowa stara się bowiem trwać w teraźniejszości i eksploatować ją dopóty, dopóki czerpie z tego procederu zyski. Kultura masowa nie ma bowiem szacunku dla przeszłości. Rakiem, który ją toczy, jest amnezja wpisana w jej “zabawowy” paradygmat. Nie istnieje dla niej żywa historia muzyki, sztuki, nie interesuje jej muzykologiczna analiza czy retrospekcja, śledzenie stylistycznych kontynuacji. Jeśli nawet w dzisiejszych produkcjach muzycznych sięga się po dokonania lat 60-tych czy 70-tych XX w., to tylko i wyłącznie jako elementy samplingowe, dekoracyjne, muzealne, bez zamiaru twórczego rozwijania stylów czy wątków muzycznych z tamtych lat. Co najwyżej mogą stać się one kanwą kabaretowego z ducha pastiszu, względnie istnieć tylko jako towar (patrz reedycje nagrań, za które już nie trzeba nikomu płacić! – autor artykułu osobiście się o tym przekonał). A warto tu podkreślić, że
MUZYKA LAT 60-TYCH I 70-TYCH XX W., WYRASTAJĄCA Z NURTÓW PSYCHODELICZNYCH, A PRZEDE WSZYSTKIM Z KONTRKULTUROWEGO BUNTU, MIAŁA ZDECYDOWANIE NIEKOMERCYJNY CHARAKTER.

Jej popularność wynikała z wpisywania się pokoleń w ów bunt, a nie z celowego obniżania jej artystycznych lotów, w celu uczynienia z niej jedynie bezmyślnej “rozrywki” tak, jak ma to miejsce dzisiaj! Skończyła się epoka pozytywnego kształtowania świadomości estetycznej odbiorcy muzyki. Media nie spełniają już swej ważnej, oświatowej i edukacyjnej roli. Wielu ludziom, mającym nadzieję, iż środki masowego przekazu ockną się wreszcie z komercyjnej psychozy, pozostaje dziś co najwyżej nostalgia za utraconym muzycznym światem, który nie był jeszcze pozbawiony uczuć i myśli, sensu i znaczenia.
Merkantylna kultura masowa chce zarazić cię, czytelniku, kultem nowości. Świat reklamy wmawia ci bezustannie nowe potrzeby, które zupełnie nie należą do twoich potrzeb istotnych, ale wkrótce się nimi staną, jeśli nie “włączysz” swego krytycyzmu! I na ogół to się reklamie udaje: co tydzień “zupełnie nowy”, “o niebo lepszy” telefon komórkowy, “udoskonalony” proszek do prania, kolejna porcja muzycznych śmieci lub “o niebo lepiej” zremiksowana i z dodatkowymi bonusami wersja płyty, tej samej, którą już znasz, bo kupiłeś ją tydzień temu itd. Płyta sprzed trzech miesięcy uważana jest na rynku za starą! Ale spokojnie: płodny nad wyraz współczesny “artysta” (zainfekowany kulturą masową, a więc mający żyłkę nie tyle do uprawiania sztuki, co do handlu) zapowiedział już dwie kolejne; oczywiście ukażą się one jeszcze w tym kwartale. Szykuj więc odbiorco – ty, który “musisz być na bieżąco” (co wmawia ci reklama!), który nie chcesz “odstawać od stada” – kasę, kasę, kasę...
Kultura masowa każe ci odwrócić się plecami do tego, co było (celowe odcinanie korzeni, burzenie fundamentów, po to, abyś nie miał żadnej skali porównawczej dla swoich ocen!) i śledzić wyłącznie rynkowe “nowości”. A że na ogół są to pseudonowości w sensie muzycznym, to co z tego? Rynek, konsumpcja, szmal – o to jedynie dziś chodzi! Odpowiednia reklama (tego się dzisiaj słucha!, bądź sobą, wybierz pepsi – oto jak media kształtują twoją tożsamość!) i biznes się kręci; czyż trzeba czegoś więcej do szczęścia?! Jest cool, nieeee?
Kultura masowa, która potrafi oswoić nawet pokoleniową kontestację, czyniąc z niej po prostu kolejny towar, jest ogromnie szkodliwa także z innego powodu. Lansuje bowiem (nie tylko wśród młodzieży!) oprócz anty-artystycznych “teorii sztuki”, przede wszystkim
POSTAWY KONFORMISTYCZNE, KONSUMPCYJNE, ANTYINTELEKTUALNE.
Lansuje ideologię bierności i pasywności (zgoda na zastany komercyjny, “zabawowy” świat!), infantylizm, kulturowy prymitywizm, ucieczkę w zabawę. Kultura masowa korumpuje także kulturę wysoką (patrz: dobrze sprzedające się kolejne muzyczne tapety “poważnych” kompozytorów [“minimalistów” czy “filmowych”]). Prymitywizm (by nie powiedzieć: zupełne prostactwo) słyszalny jest nie tylko w muzyce, ale i w towarzyszących jej tekstach (patrz tzw. piosenki), których literacki poziom i “przesłanie” woła o pomstę do nieba, a przede wszystkim o odrobinę sensu! Kuriozalny kulturowy prymitywizm widoczny i słyszalny jest także w całej medialnej obsłudze takiej “sztuki” (patrz tzw. audycje muzyczne w radio i tv).
Komercyjne media wciągają odbiorców i miłośników serwowanej przez siebie papki (nie tylko muzycznej!) w bezideową nadrzeczywistość. Jest to “rzeczywistość” świata wirtualnego, iluzorycznego świata reklam, teledysków, klipów, który z wolna zajmuje miejsce własnego, rzeczywistego świata twórcy i odbiorcy! Kultura obrazkowa stała się kulturą wtórnych analfabetów! I w takim oto “zabawowym” świecie (jak w pierwszej lepszej reklamie czy reality show) mielibyśmy już tylko żyć, czyli w świecie na niby. Milionom ludzi, nieświadomych zagrożenia, taki
ŚWIAT NA NIBY
bardzo się podoba i nie widzą oni żadnego powodu, aby w nim nie uczestniczyć i nie oddychać pełną piersią jego atmosferą. Nie wiedzą, że uczestnictwo w tej ogłupiającej zabawie zapewnia im ich “własna” (a w istocie narzucona im przez media) bierność, konformizm i niepełnosprawność intelektualna, prowadzące do uwiądu krytycyzmu i zaniku indywidualizmu i autonomii człowieka. Jeśli wywodząca się z kultury masowej uniformizacja doprowadziła do tego, że większość społeczeństwa zgadza się na ów patologiczny stan rzeczy, to dowodzi tylko wzmiankowanych wyżej ułomności ludzi nie potrafiących już wyobrazić sobie dalszych, nieuchronnych konsekwencji zalewu głupoty, a więc degeneracji umysłowej konsumpcyjnego społeczeństwa.
Jakiś czas temu Bob Dylan, dziękując za przyznanie mu Oskara za filmową piosenkę jego autorstwa, powiedział:
DZIĘKUJĘ KOMISJI ZA TO, ŻE RACZYŁA ZAUWAŻYĆ PIOSENKĘ,
KTÓRA NIE PORYWA DO TAŃCA I NIE OGŁUPIA
”.
No właśnie, dlaczego mielibyśmy potulnie łykać wyłącznie komercyjną papkę, zgadzać się na głupawkę serwowaną nam przez komercyjnych ćwierćinteligentów pełniących dziś rolę inżynierów dusz? – oto jest pytanie. To prawda, że w demokracji głosuje się nogami (patrz np. tzw. oglądalność jako jedyne kryterium oceny w massmediach!) i portmonetką, ale, na Boga, dlaczego nie głową? No właśnie – co z głowami? Da się powstrzymać erozję umysłów i poczynania tych, co z racji swego zawodu celowo jej sprzyjają, mając na oku tylko własny materialny zysk, których guzik obchodzą społeczne straty? Bo po nas to i potop, byle kasa była! I nic więcej. Oto jak marnotrawimy wolność!
Pozbawiona elementarnej wrażliwości estetycznej straganowa kultura jest wroga wobec wszystkiego, co może uniemożliwiać jej dążenie do jedynej wartości – efektywności zysku; wroga wobec wszystkiego, co mogłoby zagrozić jej trwaniu i hegemonii. Najlepiej więc będzie, jeśli ludziom pozostawi się do dyspozycji tylko bezmyślną, automatyczną pracę i bezrefleksyjną rozrywkę. Zawsze będzie można im potem powiedzieć:
CHCIELIŚCIE TYLKO CHLEBA I IGRZYSK – NO TO MACIE!
Choć z tym chlebem też ostatnio nie najlepiej. Kultura masowa zajmując się opróżnianiem świata z wszelkiego sensu, pozbawiając cię wszystkiego, co w człowieku niezaprzeczalnie twórcze i indywidualne, deformuje także twoje ludzkie uczucia, emocje, fałszuje twoje istotne potrzeby, przyucza cię do bagatelizowania rozumu i prawdy. W ten sposób czyni cię łatwym łupem dla “bezszelestnego” manipulowania tobą (demagogia reklam, demagogia polityki, demagogia kultury kiczu czyli manipulowanie treściami wulgarnymi i niskimi artystycznie formami). Tak więc, aby być dziś “alternatywnym” czy “kontrkulturowym”, wystarczy – zdaje się – być po prostu normalnym, nie wierzyć w komercyjne bzdury, mity i pospolite kłamstwa serwowane masom; przykładowo: że droga do bycia sobą prowadzi przez kupno jakiegoś napoju, “nowego” telefonu, jakiejś tam płyty tygodnia, czy poprzez śledzenie list “przebojów”. Powiedzmy więc jasno:
Z PRĄDEM RZEKI TYLKO ŚMIECI PŁYNĄ...
Rzecz zastanawiająca: nawet poprzedniemu, totalitarnemu i represywnemu ustrojowi nie udało się tak zniewolić, zuniformizować ludzi i ich umysłów, jak udało się to dziś animatorom kultury masowej! Zastanawiałeś się nad tym, czytelniku? Czy raczej jest tak, że Coś tu się dzieje, a pan nie wie co, nieprawdaż, panie Jones? Póki co, odmóżdżanie trwa! Kultura masowa zapewnia ci, czytelniku, tylko jedno: 100% możliwość zostania kaleką pozbawionym wrażliwości na wartości estetyczne i intelektualne, a następnie, kiedy dokonasz pod jej dyktando samoamputacji mózgu, zostania agresywnym ignorantem, postindustrialnym mutantem, z wyglądu tylko przypominającym człowieka. Jej wyroby powinny być więc oznaczone, podobnie jak tytoń, ostrzeżeniem: Kultura masowa albo zachowanie człowieczeństwa i zdrowia – wybieraj sam! Podpisano: Minister... No właśnie, ale jaki minister się pod tym podpisze – przecież niedługo kolejne wybory i nie wypada (czytaj: nie opłaca się) drażnić mas...
Eugeniusz Obarski
multiwersytet@wp.pl
Eugeniusz Obarski