Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

LEŚNICTWO PRZYSZŁOŚCI

LEŚNICTWO PRZYSZŁOŚCI
Jak wyglądają nasze lasy? Jakiego są zdrowia? Wieku? Jakości? Stopnia naturalności? W przybliżeniu każdy człowiek jest zorientowany. Wiadomo, że lasy zmeliorowane i osuszone to częste susze w połączeniu z pożarami. Jednogatunkowość i jednowiekowość naszych lasów powoduje uwrażliwienie na gradację owadów i choroby. W połączeniu z sadzeniem gatunków i odmian nieprzystosowanych do lokalnych warunków siedliskowych daje częstokroć skutki katastrofalne. Jasnym jest, że sadziło się i hodowało to, co przynosiło największe zyski i w taki sposób, żeby koszty były minimalne. Dopiero kiedy pojawiły się pierwsze skutki w przyrodzie, okazywało się, że potrzebne są zmiany. Osuszanie gruntów leśnych, wyrąb starodrzewi i polowania spowodowały wytępienie wielu cennych, nie tylko dla człowieka, gatunków. Jako bardziej dochodowe, nie mające u nas pasożytów i chorób sadzono gatunki z odległych części świata: dąb czerwony, sosna wejmutka… Towarzysząca temu gęsta sieć dróg pozwala wszystkim i wszędzie dojechać. Daje to rezultat taki, że trudności z przetrwaniem mają płochliwe zwierzęta i poszukiwane rośliny ozdobne. Podobnie jak rośliny introdukowano u nas w celach „sportowych” (łowieckich) zwierzęta obce dla naszego środowiska: daniel, jenot, muflon, jeleń sika, bażant, norka amerykańska, piżmak, choć niektóre z nich z hodowli przemysłowych uciekały same. Nadmiernie wylesione stoki gór, zbocza pagórków i wydm ulegają erozji, a to sprzyja nawet powstawaniu powodzi. Sumując, można powiedzieć, że jak do tej pory lasami w naszym kraju i nie tylko u nas, dość często gospodarowano w sposób dewastatorski, a nawet rabunkowy.

A jednak nie jest najgorzej. Przypatrując się gospodarce leśnej, a nawet łowieckiej, krajów „bardziej cywilizowanych” i lepiej rozwiniętych, różne ciekawostki można dojrzeć. Tak np. o lasach Francji, mówi się, że rosną w przydrożnych pasmach, a składają się ze zrębów lub młodników. Podobnie w Szwecji, wg niektórych najbardziej ekologicznym kraju, stosuje się wielkopowierzchniowe zręby zupełne. Kraje zachodnie importują np. z Polski zające i kuropatwy, żeby miało co po polach biegać, bo u nich jakoś wyginęły.
Nie ma co jednak wpadać w euforię. Jeżeli cokolwiek powiedzieć o błędnej gospodarce leśnej, Lasy Państwowe dużo mówią o bardzo dokładnym planie, którego co do ara i metra szcześciennego muszą się trzymać. Tu wszystko jest przewidziane i zaplanowane. Uświadomił mnie kiedyś pewien leśnik jednym zdaniem: „Panie, a kto mnie udowodni, że ja miałem na zrębie 700, a nie 500 kubików? No kto?” (kubik to miara ilości pozyskanego na zrębie surowca drzewnego)
Wielkie są domy i supersamochody niektórych pracowników służby leśnej. Skąd się to wzięło? Ze średniej krajowej jaką zarabiają? Niech mi nikt nie opowiada o dokładnym zaplanowaniu prac leśnych. Tu sprawa jest podobna jak w przypadku naszych Posłów w Sejmie.
Minęło kilkadziesiąt (jak nie więcej) lat odkąd zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak. Zachodzą już pewne pozytywne zmiany. Minister już jakiś czas temu wydał rozporządzenie o ekologizacji leśnictwa i na papierze są już podstawy do działań. Za kolejne kilkadziesiąt lat będą pierwsze konkretne zmiany w umysłach leśników, a kolejne pokolenie dożyje pierwszych wyraźnych zmian w lasach. Już w tej chwili nie robi się zrębów większych niż 4 hektary, tyle że co kilka lat jeden obok drugiego. Więc wielkie dziury w lesie i tak powstają. Często stosowane są tzw. rębnie gniazdowe o średnicy nieraz 20 metrów. Wydają się one być mniej szkodliwe dla lasów, jednak nie w przypadku kiedy są wykonywane obok siebie będąc oddzielonymi nieraz zaledwie kilkoma drzewami. Oczywiście najlepiej gdyby wycinać w lesie tylko pojedyncze drzewa lub po kilka naśladując w ten sposób przyrodę, ale i tak już jest lepiej niż było wcześniej. W rozporządzeniu o ekologizacji leśnictwa jest mowa o tym, żeby pozostawiać lasom pojedyncze martwe lub dziuplaste drzewa. Jakoś w lesie niewiele ich widać. Powoli zaczynamy stawiać pierwszy krok w dobrą stronę, ale jeszcze zbyt wolno i opieszale.
W gospodarowaniu lub niegospodarowaniu zasobami leśnymi potrzebne jest, oprócz antropocentryzmu, także podejście z „punktu widzenia” dzikiej przyrody. Skoro lasy mają teraz służyć nie tylko zaspokojeniu materialnych potrzeb ludzi, ale też estetyczno-duchowych oraz potrzeb dzikiej przyrody, to musimy też po części myśleć, jak byłoby lepiej z jej punktu widzenia.
Trzeba uświadomić sobie, że gospodarka lasu, zbliżona do naturalnych procesów i je naśladująca, musi być oparta na zrozumieniu dzikiej przyrody jako całości, a także jej przedstawicieli (na ile tylko to możliwe każdego z osobna). Przedstawiciele każdego gatunku w naszych lasach, a nawet tych, które już u nas wyginęły, a żyją jeszcze w innych krajach (rosomak) muszą mieć możliwość znalezienia tu domu. Utrzymanie się ich miałoby mieć miejsce bez bezpośredniej pomocy człowieka. Dopiero wtedy będziemy mogli powiedzieć, że w naszych lasach gospodaruje się zgodnie z rytmami natury i prawidłowo. Dlatego też nie można w połowie drogi (dziś, wczoraj czy jutro) stwierdzić, że realizacja nowego ww. rozporządzenia w sprawie lasów i ochrony przyrody to wszystko co należało zrobić.
Trudno stwierdzić, który aspekt leśnej rzeczywistości jest priorytetowy, najważniejszy i powinien być dopracowany przede wszystkim. Na pewno w każdym regionie, nadleśnictwie, powiacie, powinne istnieć obszary leśne i bezleśne, którymi zarządza tylko przyroda, a zamieszkujące je zwierzęta mogą się między nimi możliwie swobodnie przemieszczać. Jednocześnie jeżeli mamy wzorować gospodarkę leśną na rytmach natury, należy oddać jej część lasów, żeby gospodarowała w nich samodzielnie, a nasza tam rola sprowadzałaby się jedynie do obserwacji i nauki. Powinno się w każdym nadleśnictwie zostawić po kilkanaście hektarów każdego występującego tam typu środowiska bez ingerencji. Nawet jeżeli owe drzewostan wymagać będą jakiejś przebudowy, można „zlecić” jej wykonanie samej przyrodzie i zobaczyć jak sama sobie radzi z niewłaściwymi na siedlisku gatunkami, jednowiekowością, jednogatunkowością upraw leśnych. Leśnicy mają pewne obawy przed takimi nowościami, ponieważ można by doprowadzić do tego, że „w lesie nie będzie wolno nic robić”. Bynajmniej nie ma się co obawiać zakazu wyrębu drzew, z których leśnictwo na chwilę obecną się przecież utrzymuje. Wielu – zarówno leśników jak i przyrodników – jest przeciwnych stosowaniu zrębów zupełnych, osobiście także zmniejszyłbym ich maksymalną powierzchnię do 1 hektara. Jednakże może okazać się, że w owych miejscach pozostawionych dzikiej przyrodzie, które wymagają przebudowy drzewostanu, natura będzie gospodarowała właśnie „zrębami zupełnymi”, co oznacza, że zamiast stopniowo wymieniać np. sosnową monokulturę na właściwą siedlisku buczynę od razu wszystkie „wytnie w pień” i zacznie od początku. Trudno wyobrazić sobie zasiew buka, skoro najczęściej już go tam nie ma, jednak z reguły zasiew naturalny trwa latami, stopniowo. A i skład gatunkowy nie zawsze będzie od razu właściwy siedlisku. Czasem urośnie co tylko może, co jest w pobliżu. Poza tym „zręby zupełne” w przyrodzie zdarzają się raczej rzadko.
Wnioskując z powyższego należałoby znaleźć pewne enklawy powierzchni kilkudziesięciu, kilkuset hektarów o charakterze naturalnym lub o dużej mozaikowatości środowisk. Najlepiej gdyby reprezentowały one wszystkie typy środowisk danego nadleśnictwa – po kilkanaście hektarów każde. W tych enklawach należałoby przerwać prace leśne i zrezygnować z ich dalszego wykonywania. Następnie miejscowa uczelnia lub sami odpowiednio wykształceni leśnicy mogą prowadzić monitoring zmian zachodzących w ekosystemie. Czy wymagałoby to dużo pracy? Nakładów? Trudno to stwierdzić. Myślę, że przyjazd raz na porę roku w celu dokonania ogólnych oględzin, a raz na rok szczegółowych w pewnych powierzchniach próbnych, nie stanowiłby problemu. Chodziłoby o stwierdzenie: czy w tym regionie, tym ekosystemie natura „gospodaruje” zrębami zupełnymi, gniazdowymi czy przerębami? jakimi gatunkami (w stosunku do dostępnych) obsiewa miejsca wolne? (ogólnie) czy jest tu więcej zwierząt czy też mniej (w stosunku do takich samych ekosystemów ale zagospodarowanych)? poziom wód gruntowych podnosi czy obniża się? o ile? Chodzi o podstawowe rzeczy, które następnie można by przełożyć (na miarę technicznych możliwości) w gospodarowaniu innymi tego typu ekosystemami w nadleśnictwie. W tych miejscach zwierzęta nie powinne być ani płoszone, ani zabijane, żeby zorientować się też co do ich funkcji w tym terenie, stwierdzając np. na ile niszczą odnowienia?
Ponadto stwierdzić należy, że bardzo niewiele jest miejsc, w których przyroda czuje się całkowicie swobodnie i ma to zapewnione trwale. Takie miejsca w różnych powierzchniach i różnych środowiskach, należy naturze zapewnić (zwłaszcza bagniste oraz ekosystemy o charakterze naturalnym). Następuje to już powoli przez np. ochronę terenów bagiennych lub rzadkich typów ekosystemów, ale chodzi o trwałe zabezpieczenie i nie przewidywanie żadnej ingerencji. Nie można wszędzie założyć ścisłych rezerwatów, ale można pewne tereny po prostu wyłączyć z gospodarowania.
„Las jest domem zwierzyny, a my o nią dbamy”. To hasło trzeba naprawdę wprowadzić w życie. Jeżeli las ma być domem zwierząt, to dlaczego chodzimy do ich domu i je w nim zabijamy? Moralnie nie jest to w porządku. Skoro las ma być domem zwierząt, to niech będzie miejscem, w którym nie czują się one zagrożone ze strony człowieka. W lesie mają bać się swoich drapieżników, a nie ludzi. Nie ma już konieczności polowania w celu pozyskania mięsa. Może być polowanie w celu ochrony płodów rolnych przed zwierzyną, ale to tylko na polach, nie w lesie. Zwolennicy łowiectwa często używają argumentu, że zastępują drapieżniki naturalne zabijając te najsłabsze i chore osobniki. Skoro tak to dlaczego najsłabsze osobniki mają najokazalsze trofea? Czy największe (wręcz medalowe) porostki, poroża lub szable osobnika świadczą o jego słabości fizycznej? Oczywiście nie jest tak w każdym przypadku, ale w wielu z nich ma miejsce odstrzał najważniejszych dla populacji zwierząt. Jeżeli w okolicy pojawi się wilk, ryś lub inny drapieżnik określonej zwierzyny, to nie ma co marudzić (a nawet nastawać na jego życie) tylko przekazać mu pałeczkę. Naturalne drapieżniki już wróciły, więc dłużej nie trzeba ich „zastępować”, ale uwzględnić w planach odstrzału. Oznacza to, że trzeba zrobić rozeznanie, w których miejscach (bo nie wszędzie) polują np. wilki i tam zaprzestać polowań na ich potencjalne ofiary. Z moich obserwacji wynika, że nawet jeżeli wilki kręcą się po okolicy, to nie zaglądają w każdy jej zakątek. Tak więc terytorium łowieckim, zarówno z nimi, jak i z innymi drapieżnikami należy się podzielić, jeżeli tylko się one pojawiły. Zdaje sobie sprawę, że wtedy ze strony kłusujących myśliwych, wrogów wilków pojawi się chęć „dobrania im się do skóry”, ale tak już jest i zmiany, o których pisałem, należy wprowadzić. Wilk był jedynie przykładem, ale odnosi się to do wielu innych drapieżników, jak puchacz, bielik, lis. Oczywiście nawet w przypadku istnienia drapieżników usprawiedliwione jest chronienie mienia i niezebranych jeszcze płodów rolnych przed zwierzętami.
Jednym zwierzętom trzeba zapewnić dom, a innym wiele domów i możliwość między nimi wędrowania. Tu chciałem zaznaczyć obecność i potrzebę ochrony tzw. korytarzy ekologicznych. Są to najczęściej doliny rzeczne, pasma lasów, nieużytków, bagienek i starodrzewi, a czasem otwarta przestrzeń pól i łąk między ostojami przyrody. Tereny, którymi przemieszczają się zwierzęta, a nawet wędrują i zasiedlają je rośliny. Dosyć łatwo zauważyć je na mapie przez położenia pomiędzy zakątkami cennymi przyrodniczo lub w terenie po ich aktualnym użytkowaniu (liczniejsze niż w innych okolicach tropach zwierząt, ich napotykanie nieraz przy braku potencjalnych miejsc odpoczynku). Nawet jeżeli korytarze ekologiczne nie są w jurysdykcji służb leśnych, powinny one wyrażać nimi swoje zainteresowanie zwłaszcza, że najczęściej są jedynymi ludźmi w okolicy, którzy mają o tym jakieś pojęcie. Należy przez to zaznaczać obecność korytarzy ekologicznych władzom samorządowym i potrzebę ich ochrony krajobrazowej przed zabudową i inwestycjami doprowadzającymi do ekologicznej bezużyteczności. Na ogół są to pola, łąki, lasy i bagna, które powinno się zostawić w stanie, w jakim się znajdują w chwili obecnej, co z reguły nie wymaga zmiany planów zagospodarowania przestrzennego w gminie.
Do prawidłowego funkcjonowania lasom jest potrzebna różnorodność drzew, różnogatunkowość (za wyjątkiem niektórych ekosystemów posiadających w swej naturze skład kilkugatunkowy), wiele drzew dziuplastych, starych i martwych. O pozostawienie tych ostatnich należy zadbać. Potrzebna jest odpowiednia wilgotność terenu, a więc czas skończyć z osuszaniem powodującym susze i pożary. Z naszego lokalnego rozeznania wynika, że miejsca te stanowią z reguły około 5-8% nadleśnictwa i to w dużej mierze tereny podmokłe lub o słabej przydatności ekonomicznej. W obliczu tego, że LP i tak nie wycinają tylu metrów sześciennych, na ile pozwalają plany, bo rośnie cena i ponoć spada popyt na drewno, nie byłoby dużych strat w zyskach z powodu oddania tych miejsc w jurysdykcję dzikiej przyrodzie.
Zmiany w lasach prawdopodobnie muszą zacząć się od zmian rewolucyjnych w samych służbach leśnych. Muszą się nimi zająć ludzie o myśleniu naprawdę racjonalnym, ani radykalni ekolodzy, ani ci, dla których wyznacznikiem działania jest rachunek ekonomiczny lub dla których łowiectwo jest sportem, ale ci, dla których racjonalność opiera się na myśleniu etycznym, moralnym i przyszłościowym. Trzeba dać przy tym szansę młodym, wykształconym leśnikom, którzy chcą wprowadzać zmiany, a którzy obecnie nie są dopuszczani do głosu. Potrzeba leśników już nie techników, ale magistrów i doktorów. Okazuje się bowiem, że nie wystarczają niezbyt szybkie reakcje skostniałych struktur, jakie stanowią w dużej mierze współczesne służby leśne dobrze okopane w lekko przestarzałym podejściu do lasu. Jakże wiele bowiem jest przypadków wykształconych, bezrobotnych leśników, którzy mają jeszcze jakieś szczytne cele (jednocześnie na służbie jest wielu ludzi, którzy długo już pracują w lesie i mają doświadczenie niewykorzystywane dla dobra lasu).
Służby leśne nie mogą wprowadzać zmian i innowacji w gospodarce leśnej pod przymusem. Nie powinno być tak, że robi się tylko to, co minister lub ustawa nakazuje. Ponieważ nakazuje robić strefy ochronne wokół gniazd rzadkich ptaków, to się robi, ale że tworzenie nowych form ochrony przyrody jest jedynie wskazane, to się ich unika. Wszelkie pozytywne zmiany winne wynikać z dobrej woli leśników, ale jeżeli się nie da, będą musiały następować pod naciskiem i przymusem, w atmosferze ciągłego napięcia i konfliktu. Mam nadzieję, że nie sprawdzi się tu pewna reguła: „żeby coś się zmieniło musi wymrzeć stare pokolenie”.
Znów padnie zasadnicze pytanie: a kto za te zmiany ma zapłacić? Znów odpowiem pytaniem na pytanie: a jakie miałyby tu wystąpić koszty? A kto płaci za kolejne bzdurne osuszanie lasów? Kto płaci za wystawne siedziby i biura służb leśnych podczas gdy np. straż leśna jeździ rupieciami? Kto płaci za wyhodowanie sadzonek, podczas gdy zaleca się zasiew naturalny? Kto płaci za zakup i introdukcje obcych gatunków w nasze środowisko? I wiele innych oszczędności, które można w LP przeprowadzić, a o których leśnicy i NIK dobrze wiedzą.
Osobom, które publicznie zabierają głos na ten temat, dość często zarzuca i udowadnia się, że nie wiedzą o czym mówią, bo nie znają się na leśnictwie. Jedni się znają, inni mniej, trzeba jednak postawić kilka zasadniczych w tej kwestii pytań: czy trzeba się znać na leśnictwie by zauważyć, że osuszenie lasów spowodowało większą częstotliwość występowania susz i pożarów lasów? Czy trzeba znać się na leśnictwie by zauważyć, że jednowiekowość i jednogatunkowość upraw leśnych spowodowały uwrażliwienie i większą częstotliwość występowania chorób i gradacji owadów? Czy trzeba znać się na leśnictwie, by zauważyć, że wyginęły pewne gatunki zwierząt na skutek braku martwych i dziuplastych drzew? Czy trzeba znać się na leśnictwie, by zauważyć, że intensywne odstrzały wytępiły pewne gatunki zwierząt? Czy trzeba znać się na leśnictwie by zrozumieć, że wycięcie lasów górskich spowodowało zwiększenie i zwielokrotnienie pogromu, jakim są powodzie? Nieraz już słyszałem o 300 latach tradycji polskiego leśnictwa i doświadczeniu, jakie uzyskano. Cóż, osobiście wynoszę z tego jedną naukę. Natura stworzyła dobry system funkcjonowania przyrody, a my powinniśmy ją nie poprawiać, ale gospodarując lasami użytkowymi naśladować.

Sebastian Sobowiec
Towarzystwo Obrony Przyrody OSTOJA
Metalowców 6/41, 39-432 Gorzyce
ptasznikstrasznik@interia.pl www.krizz2000.republika.pl
Sebastian Sobowiec