Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

NIEODPOWIEDZIALNOŚĆ

Polskie społeczeństwo zżera choroba, która dotyka wszystkie sfery – zwyczajnych zjadaczy chleba, polityków i społeczników. Tą chorobą jest nieodpowiedzialność.

Pragniemy wpływać na decyzje władz, tych najwyższych i lokalnych, ale umywamy ręce, gdy chodzi o wzięcie odpowiedzialności nawet za nasze własne życie. Chcemy by „ktoś” zrobił nam dobrze ;), ale nie lubimy by nas łączono z jakąkolwiek decyzją. Od decydowania są przecież decydenci. My tylko mieszkamy w tym kraju. Jednocześnie wymagania mamy takie, że nawet w społeczeństwie superobywatelskim byłyby one niezwykle trudne do spełnienia, o ile w ogóle możliwe. Ale realizm to też nie my. Wolimy śnić o tym, ze „ktoś” przyjdzie i za nas odwali brudną robotę. Owa nieodpowiedzialność, zwana też spychologią, to filozofia w dużym stopniu tzw. staczy – tych co stoją z boku i mają bez przerwy jakieś krytyczne uwagi, ale nawet palcem nie kiwną, by samemu coś zrobić. Dla nich wszystko jest „nie tak” – „za duże”, „za małe”, „za kolorowe”, „za szare”. Na sugestię by sami coś zrobili odpowiadają wzruszeniem ramion, ironicznym uśmieszkiem i całą masą wymówek. Nie idą na wybory „bo nam się nie podobają politycy”, nie angażują się w działania społeczne bo „tylko frajer pracuje za friko”, nie uczą się języków obcych bo „nie będziemy w Polsce gadać po angielsku”, nie czytają książek bo „naczytaliśmy się lektur w szkole” itp. Cynicznie żyją na cudzy koszt ograniczając swoją aktywność do polowania na następny zasiłek czy inną zapomogę.

Pomimo, iż ta grupa jest dość liczna – spójrzmy na wskaźnik bezrobocia – może nie byłoby aż takiego problemu, gdyby tylko do niej ograniczała się ta choroba. Niestety, również politycy są nosicielami tego wirusa. Widać to wyraźnie po rozmiarach obecnej dziury budżetowej, po skutkach uchwalanych lekkomyślnie ustaw, wydawanych przez lokalnych polityków (wojewodowie, burmistrzowie itp.) rozporządzeń i decyzji. Zasada „po nas choćby potop” ma się całkiem dobrze i nie widać, by w najbliższym czasie coś się w tej kwestii zmieniło.

Najbardziej bolesne jest to, iż zjawisko to rozwija się bujnie również w ruchu społecznym. Fakt, jest to związane z trudną sytuacją ekonomiczną i koniecznością większej aktywności zawodowej ze strony wolontariuszy, co odbija się na jakości i intensywności działań. Jednakże nie jestem w stanie zrozumieć i racjonalnie uzasadnić faktu regularnego ignorowania, żeby nie rzec – OLEWANIA – wyborów samorządowych. Mówię to z pełną odpowiedzialnością za słowa, gdyż po raz kolejny moja inicjatywa – tym razem w Warszawie – stworzenia koalicji wyborczej organizacji pozarządowych do wyborów lokalnych w przyszłym roku, została zignorowana. Nie będę przebierał w słowach, gdyż mam dość NIEODPOWIEDZIALNOŚCI W RUCHU SPOŁECZNYM. Uważam takie zachowanie za kompletne zaprzeczenie idei społecznikostwa, nieodpowiedzialne i niedojrzałe. Liderzy ruchu społecznego najwidoczniej wolą być postrzegani jako warchoły, zadymiarze i w ogóle NARZEKACZE, którzy potrafią tylko protestować, pikietować, blokować, a propozycje kreatywnych działań można u nich policzyć na palcach u rąk. Nieustanna kontestacja – oto czym jest obecnie ruch społeczny w Polsce. Żadnej kreatywności, żadnej próby wzięcia choćby cienia odpowiedzialności za rozwiązywanie problemów społeczności lokalnych. Niech z działań się tłumaczy „władza”, po co nam ten problem, nie? Już kiedyś użyłem tego słowa i użyję go jeszcze raz, nie obawiając się konsekwencji z tego tytułu, bo mogę uzasadnić jego użycie – SMARKATERIA. Ruch społeczny zatrzymał się w rozwoju na poziomie oseska i nie chce dorosnąć. Wstyd...

Ryszard Kukiełka
skory@wp.pl
Ryszard Kukiełka