Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

O B W O Ł A N I E


O B W O Ł A N I E
W obywatelskiej trosce wołam, że Kraj nasz marnieje pod okupacją zorganizowanych grup przestępczych i chuliganów. To oni, czasem przebrani w instytucyjne barwy i mundurki pacyfikują społeczeństwo biurokracją, strachem i wyłudzaniem pieniędzy. Przedstawiam okoliczności i dowody.

23.5, ok. 2200, czyli w godzinie policyjnej, nałożonej na nas przez bezkarną chuliganerię, odważyłam się wyjść z moimi Psami na wieczorną defekację. Służy nam w tym celu położony na skraju miasta nieużytek, na którym Psy nikomu nie wchodzą w drogę i takoż im nikt nie musi przeszkadzać w bezwarunkowej fizjologii. Łąka znajduje się przy ulicy Strzelców. Nim Muszka i Myszka rozpoczęły zwracanie naturze długu energetycznego, uwolniłam je ze smyczy i zdjęłam kagańce, aby usprawnić tę czynność i następującą po niej toaletę. Wtedy podjechał do nas samochód wielkości gimbusa i męski głos ze środka poprosił mnie o uwiązanie kucających Psów. Odebrałam to jako lęk przed zwierzyną, zdradzany przez kogoś, kto ma również ochotę załatwić coś sobie na tej łące i posłusznie spełniłam życzenie. Wtedy z samochodu wyskoczyło czterech osiłków w mundurach czarnej maści, uzbrojonych w cuda techniki, otoczyli mnie i przystąpili zuchwale do wymierzania mi ustawowej kary z paragrafu o spacerowaniu ze smyczą w ręce bez psa na jej drugim końcu. Zatem jeżeli moi Adresaci jeszcze nie wiedzą o co chodzi, to uprzedzę, że chodzi o pieniądze.
Rycerze ciemności oznajmili, że popełniłam przestępstwo i oni „są zmuszeni przez prawo” do wydarcia mi ustawowej kwoty, wartości zdemolowanego stadionu. Za młodzieńcami stanęło Prawo a za mną dwa uwiązane na smyczy przedmioty pozbawione praw w tym Kraju, które ze swej poczciwej natury nie omieszkały naurągać napastnikom w psim slangu, bo jak tylko poczują sznurek to dostają sarmackiej gorączki. Myszka nawet zaczęła kopać dołek dla przeciwnika.
Prawo stojące za grupą osiłków nie było do końca Prawem, lecz Poprawką, „wprowadzoną nam przez 460 posłów, których sami sobie żeśmy wybrali”, zatem nie pozostało mi nic innego, jak oddać napastnikom połowę swoich miesięcznych dochodów rodzinnych, gdyby nie korzystna dla mnie furtka w tej „Poprawce”, bo oto ja się z nią nie zgadzam a z grupą 460 przywódców różnych zorganizowanych grup nie mam nic wspólnego, gdyż ja im nigdy nie udzielam głosu. Wyborów unikam jak pies gwoździ aby nie obciążać sumienia odpowiedzialnością za wybór, który można porównać do szukania męża między knurem, capem i baranem.
Zgadzam się, że ten mój pluton egzekucyjny miał obowiązek pouczenia mnie, upomnienia i wezwania do ponownego ujarzmienia psów (gdy tylko zagrzebią odrzucony owoc metabolizmu), pod rygorem grożących mi skutków prawnych, za wykroczenie przeciw przepisom, wszak „ludzkie niebezpieczeństwo” w tamtej porze na tym odludziu pozostaje abstrakcją. I zarazem pluton miał prawo wyboru odstąpienia od ostatniego punktu programu, czyli wymierzenia mi kary. Ale pluton z tego wyboru nie skorzystał, lecz w pośpiechu lewą ręką cap za notes a prawą za moją obywatelską kieszeń. Nawet „dobry wieczór” nie powiedzieli, o prezentacji nie wspominając. Po wyborze taktyki egzekucyjnej rozpoznaje się wiarygodność instytucji, stojącej na straży interesów całego społeczeństwa. Jeżeli funkcjonariusz myśli tylko o kasie, to on jest rzezimieszek a nie straż czy instytucja. Miałam ochotę wzywać pomocy, ale o tej porze na nogach są tylko chuligani. Skądinąd wiadomo mi, że w krakowskiej straży miastowej łapaniem przestępców zajmują się informatycy a tamci mi na takich nie wyglądali.
Wobec Prawa należy zająć postawę logiczną, co nie znaczy, że podporządkowaną. Lecz moje argumenty o psiej naturze i ludzkiej logice trafiały w dzwoniącą pustkę, zagłuszane przez umundurowany kwartet prawny. A krzyczeli chłopaki jak baby, sprzedające swoje usługi na Kleparzu. Nie dopuścili mnie do słowa, powtarzając w kółko „czego pani jeszcze dyskutuje”, „co nam tu pani insynuuje”, „niech pani nie odbija piłeczki”, „właśnie w tym roku na Plantach pies ugryzł trzyletnie dziecko na oczach ciężarnej matki”
Z całym szacunkiem dla proporcji, logiki i sprawiedliwości, z rosnącym dystansem do prawa i rezerwą dla władzy, zapytałam biegłych w psim ustawodawstwie, jaki ja i moje Psy mamy wybór miejsca, gdzie wolno by nam było wykonać demokratyczną kupę bez uciążliwych ozdób na szyi i pysku. Wtedy jeden z młodzieńców zaimponował mi swoją wersją obywatelskiej poprawności i pochwalił się, że on swojego psa wozi autem na swój ogrodzony teren za miastem, gdzie przyjaciel człowieka może hasać bezpiecznie na paru hektarach prywatnej Polski, bez kagańca i rzemienia.
Nie ma granic nowobogacka pycha, sycona haraczami. Niestety, ja do tej kasty siebie zaliczyć nie mogę, bo mimo dwudziestu lat przepracowanych w służbie ludzkiemu zdrowiu i życiu, jeszcze nie dorobiłam się samochodu, ziemi ani parkanu. Więc moje Psy wraz ze mną skazane są na teren państwowy, nocną porą, gdy dzieci i ciężarne kobiety już śpią.
Wtedy pouczono mnie, że skoro jestem biedna to nie powinnam mieć psów.
Z ta poprawką do poprawki też się nie zgadzam, bo 460 darmozjadów jeszcze nie zdążyło zadecydować, co powinni mieć ludzie biedni oprócz garba od źle nagradzanej pracy (który to garb, jeśliby go opodatkować, zasłoniłby niejedną dziurę w budżecie). A przede wszystkim, panowie, ja nie mam psów, tylko Psy mają mnie, innego wyboru nie mając, chyba, że wałęsanie się po śmietnikach i plantach pełnych dzieci, azyl albo metrowy łańcuch u kmiecia za stodołą. Ja tylko dzielę się z nimi domem i strawą, chronię je, pielęgnuję, leczę i kontroluję ich naturalne instynkty. Zarazem chronię przed nimi ludzkość i krajobraz dla bogaczy. Czy babcie opiekujące się kotami i gołębiami też będą ograbiane z paragrafu o smyczy?
Ci, których „stać na psy”, kupują sobie rasowe eksponaty do hodowli komercyjnej na terenie Polski Prywatnej. Poselskie, rządowe i kapitałowe psy nie podlegają terytorium Prawa. A kasę można robić na wszystkim, można także karać kobiety za rodzenie dzieci i narażanie ich na pogryzienie przez psy, komary czy tygrysy, które uciekły z cyrku.
Moje kobiece argumenty nie przekonały dogmatyków, wyhodowanych w patriarchalnym systemie, w społeczeństwie trzymanym na smyczy przez 460 cwaniaków. Nie odstąpili od wymierzenia mi „kary”, chociaż to samo prawo, które ich do niej „zmusiło”, daje im wybór łaski nadzwyczajnej. Może byli spłukani, może im się nudziło w tej śmiesznej służbie na tyłach, a przede wszystkim koncentrując na mnie siły i artylerię, nie musieli męczyć się w starciach z prawdziwymi przestępcami. Ich znajomi mogli zatem spokojnie włamywać się do samochodów, wywozić tony śmieci do parków krajobrazowych, bić żony, znęcać się nad zwierzętami, bo na to nawet nie ma paragrafu a jeśli jest, to nie ma środków na ściganie. Rozprawa ze mną była łatwiejsza i atrakcyjniejsza, bo pachniała łatwą kasą.
Dialog egzekucyjny przypominał spis powszechny. Zapytali mnie o nazwiska, imiona, daty urodzenia, adresy, źródła utrzymania i dochody moje, rodziców i dzieci. Wszystko przy włączonych łokitoki, którymi podawano dalej moje namiary, do jakiegoś tam centralnego biura śledczego. Szumiało o mnie w eterze, nocna cisza wypełniła się liczbami, dotyczącymi moich prawem chronionych danych osobowych, obnażono mnie do kręgosłupa, nocni przechodnie przystawali i podziwiali mój życiorys, stałam się sławna jak „Jędrzej”. (Seksuolodzy dowodzą, że sprawowanie władzy jak i też zaspokajanie ciekawości daje niektórym mężczyznom satysfakcję na poziomie libido; od czegoś plugawszego uchroniła mnie chyba tylko data urodzenia).
Wstyd mi było za dorosłe, umundurowane sieroty, które sięgnęły po koryto moich dzieci, gdy ja przecież muszę jeszcze utrzymywać tych 460 wybranych przez kogoś rozbójników. Wszystko zgodnie z wolą samorządów, które pozbawiły Straż Miejską dotacji i posłały ją do koryta właścicielek psów. Swoje wynagrodzenie dostaję za ratowanie ludzkiego zdrowia i życia i muszę jeszcze płacić haracze tym, którzy szkodzą jednemu i drugiemu. Nawet drzystającego psa pozbawią komfortu, traumatyzując jego jelita, no bo niech sobie Adresaci wyobrażą sytuację, w której wyskoczy wam taki zza krzaka i nakaże zapiąć spodnie w najmniej dogodnym momencie.
Owszem, robotę wybrali sobie wredną. Gdyby byli odważniejsi, byliby strażakami a nie strażnikami, gdyby się uczyli, należeliby do elity ludzi twórczych i pożytecznych. Ten hałaśliwy oznajmił mi z dumą a raczej z pychą, że tego dnia uratował życie człowiekowi, wyciągając go spod samochodu; bo był pijany. Scena słodka jak w „Aniołkach”, nawet nie wyobrażam sobie szczęścia żony, dzieci i sąsiadów świeżo odzyskanego pijaka. Męska solidarność z alkoholem jest nawykiem wyniesionym z tradycji domowej, silniejszym niż wybór między ratowaniem pasożyta a karaniem podatniczki, a ponad to człowiek leżący na ziemi i zagrażający bezpieczeństwu reszty ludzi nie jest dobrym źródłem zarobków.
Durne lex sedes lex. Odmówiłam przyjęcia mandatu i nie będę reagować na Prawo, wymierzone przeciwko logice, etyce i proporcjom. Prawo jest umową miedzy przemocą a ofiarą. W 1940 r. czterystu sześćdziesięciu funkcjonariuszy III Rzeszy wprowadziło nam przepis noszenia na rękawie opaski z sześcioramienną gwiazdą. Tłumaczono to bezpieczeństwem dzieci, zagrożonych produkcją macy, wszami i komunizmem. A ponadto można było w tłumie rozpoznać ludzi śpiących na legendarnych skarbach, ukrywanych w piwnicach. Mój Dziadek złamał to Prawo i nie nałożył opaski ani sobie ani dzieciom. I TO OCALIŁO IM ŻYCIE! A przecież jako obywatel GG powinien był mu ulec, ba, nawet pójść dalej i zostać żandarmem albo kapo i w imię tego Prawa karcić rodaków za obywatelskie nieposłuszeństwo. Za dodatkową kartkę żywnościową, może nawet za cudzy skarb, wykopany z piwnicy. Żyłby sobie krótko ale legalnie, w ciepłym, twarzowym mundurze. Ale on wybrał Bezprawie i dzięki temu ja się urodziłam!
Na pamiątkę swej logicznej przeszłości ślubuję Ojczyźnie strzec obywatelskich cnót przed Prawem 460-ciu, nie poddawać się okupantowi, gotowa ponieść męczeństwo a nawet dać zamknąć się za swój psi „dług” do więzienia, razem z dziećmi i psami a nawet porzucić pracę, gdyby komornik mnie do więzienia nie wpuścił. Gotowa jestem trafić do jakiegoś obozu koncentracyjnego dla właścicielek psów nierasowych.
Nie uznam żadnych racji Prawa w mieście, tonącym w śmieciach i śmieciami otoczonym, terroryzowanym przez pijaków, ćpunów, kieszonkowców i włamywaczy, bo nie ode mnie należy zacząć naprawianie tej cherlawej cywilizacji. Dopóki nie znikną dzikie wysypiska choćby tylko przy ulicy Reduty, Węgrzeckiej i Witkowickiej, nad Bibiczanką i Białuchą, nigdy nie dostrzegę w Straży Miejskiej autorytetu obrońców czy partnerów Prawa.

Gabriela Szmielik-Mazur
Strzelców 17/64
31-422 Kraków
Kraków, 26 maja 2002
Do wiadomości;
1. Adresaci
2. Wierchuszka
3. Media
4. Środowisko
Gabriela Szmielik-Mazur