Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

PAN BÓG JEST EKOLOGIEM – HOMILIA NA MIĘDZYNARODOWY ZJAZD EKOLOGÓW NA KRYMIE

PAN BÓG JEST EKOLOGIEM –
HOMILIA NA MIĘDZYNARODOWY ZJAZD EKOLOGÓW
NA KRYMIE

Szanowni Gospodarze, Sąsiedzi i Przyjaciele!
Przybyliśmy tu z Polski, gdzie o tej porze kwitną kalafiory i kapitalizm a powietrze czyste jest z powodu bankructwa hut, kopalń i fabryk. Na wakacje wybraliśmy Ukrainę jako kraj ciepły i pogodny, gdzie czujemy się po prostu dobrze, równi pośród równych. No, w każdym razie lepiej wypocząć nam tutaj, niż w bogatych regionach Europy Zachodniej czy w zatłoczonej, pędzącej dokądś Polsce.
Jesteśmy ekologami amatorami, chociaż nie bez przygotowania akademickiego, w dziedzinie biologii, antropologii i analityki medycznej. Ekologiczne spojrzenie na świat nie zostało nam podyktowane przez modę, ale przez wiedzę. A jednocześnie przez instynkt samozachowawczy. Intuicja podpowiada nam taki a nie inny stosunek do naszego adresu Ziemia i do naszej rodziny Biocenozy, bo poza tym domem nie ma dla nas wyboru miejsca we Wszechświecie. Ponieważ utknęliśmy w ciasnych niszach z wielkiej promieniotwórczej płyty, to do wody czystej, trawy zielonej i nieuzbrojonych osobników naszego gatunku ciągnie nas oprócz instynktu jeszcze nostalgia. Zatem jesteśmy tu ciałem i duszą, na wakacjach, i jako goście poważnej Konferencji powstrzymamy się w naszym referacie od faktów, konkretów i liczb, w które obfituje Ekologia.
Podzielimy się z Wami naszym przesłaniem, jako Wasi sąsiedzi w Regionie, na Kontynencie i na Planecie. Tym przesłaniem jest nasz modus vivendi, ładny, modny i praktyczny. Ułatwia on nam życie w poruszaniu się po naszym wspólnym domu, podzielonym gęstą siecią granic, sztucznych i naturalnych. Zdobywamy je, przekraczamy, omijamy albo respektujemy, wszystko bez rozlewu krwi.
Granice wynikają z różnic. To nieuchwytne linie między terytoriami umownych wartości i wpływów, którymi ludzkość podzieliła sama siebie niczym walczące o samicę bażanty, łosie czy komary. Zauważmy, że jest to robota męskiego rodzaju, chociaż czasem taki imperator ginie w miłosnych objęciach zdobytej wybranki.
Granice są wszędzie tam, gdzie pojawiają się różnice stężeń i potencjałów. Mają je nawet czyste i milczące liczby. Naturą granic jest dynamika, płynność, nieszczelność i prowokacyjność, czyli nie są one wartością constans, lecz dynamicznie ewoluują wraz z wartościami, które rozdzielają. Zgodnie z prawem grawitacji, dyfuzji czy osmozy, takoż ludzkość, niczym pobudzone, pełne energii molekuły wędruje tam i nazad, dźwigając ze sobą bagaż czegoś, czego brakuje po przeciwnej stronie umownego układu, czy to materii, czy to pomysłu.
Czy ja tu odkrywam Amerykę? Nie jesteśmy sektą krzewiącą ideę globalizacji, ani gangiem patriotów, broniącym się przed nią. Nie jesteśmy kupcami ani pielgrzymami. Zostaliśmy tylko pobudzeni przez dwie skrajne idee fix, wzajem sobie przeczące i czyniące spore zamieszanie tam, gdzie nie należy trwonić czasu ani energii, bo taka strata to jeden z najcięższych grzechów.
Miotamy się między unifikacją typu europejskiego, globalizacją typu amerykańskiego a uszczelnianiem granic naszego siedliska od wschodu. Jakby Ziemia miała swój genius loci i loci diaboli. Jako ekolodzy pragniemy przypomnieć politologom podstawowy kurs z dziedziny biologii, że nie ma nic stałego na świecie, że zarówno z punktu widzenia kreacjonistów, czy ewolucjonistów, wszystko dryfuje zgodnie z osią przypadku, której to osi inteligencja musi nadać inteligentny wymiar. Człowiek został stworzony, aby posprzątać nie tylko po wielkim wybuchu, lecz także po sobie. Życie jest procesem dynamicznym i zmiennym a wymiana energii i sukcesów między osobnikami oraz między gatunkami stwarza jednakowe szanse, czyli możliwości adaptacyjne dla wszystkich kultur i dla wszystkich gatunków. To interes zbiorowy, który wymaga dyscypliny a nie ofiar, współpracy a nie konkurencji, chociaż konkurencja to bardzo modne słowo. Ja go osobiście nie lubię. Wszystko się zmienia. Gdy chcąc przetłumaczyć ten tekst na rosyjski sięgnęłam po swój szkolny słownik, wielu rzeczy już w nim nie znalazłam, zatem musiałam kupić nowy. Nowoczesny.
W paszporcie mamy zapisane obywatelstwo i narodowość polską. Jesteśmy tutaj, gdzie spoczywają groby naszych przodków, którzy żyli i umarli po obu stronach granicy, dzielącej… dwa alfabety, w jakim zapisuje swoją historię ludzkość Europy. Tu są pamiątki po naszych wspólnych przodkach, którzy mieszkali w ojczyźnie narodów i indywidualności. Z trudnej lekcji historii Polski pamiętamy, że Polanie, podobnie jak Lendzianie czyli Lachy, to było jedno z setek plemion, żyjących dwa tysiące lat temu miedzy Łabą, Bugiem, Karpatami a Bałtykiem. Pamiętamy z lekcji historii Europy wędrówki ludów między Azją a Oceanem Atlantyckim, a z lekcji antropologii znamy drogi ucieczki naszych przodków przed zmieniającym się klimatem Afryki. Nie było takiego ludu, który utknąłby na stałe w jednym miejscu. Nawet jeśli to miejsce było atrakcyjne, wnet przybywali tam inni i robiło się ciasno, niczym w nasyconym roztworze soli. Wreszcie z lekcji historii ostatniej wojny pamiętamy zamiary dwóch wielkich ogrodników ludzkości, którzy dokonali eksperymentu zmiany naszych adresów i dwie, zwycięskie oczywiście wyprawy nieszczęśliwych, wrogich sobie armii, niosących ze sobą swoje własne potencjały genetyczne i ideologiczne. Dlatego nasz paszport pozostaje dla nas zagadką. Nie mamy bowiem powodu poczuwać się do jakiejkolwiek czystości i nieskażoności, skoro nawet w naszych drużynach sztandarowych grają ludzie o różnych barwach skóry.
Nie ma czystych narodów, kultur czy idei. Czystość jest niebezpieczna, niech o tym poświadczą choroby szalonych hodowców, które dotykają jednorodne genetycznie stada zwierząt i roślin. W jednorodności jest słabość systemu obronnego. Czysty może być tylko dekalog: nie czcij fałszywych bogów, nie zasłaniaj boskim imieniem swoich ludzkich grzechów, nie dręcz, nie zabijaj, nie czyń drugiemu co tobie niemiłe. Kochaj życie, życie jest fenomenem niepowtarzalnym, obojętnie kto nam je podarował, siła metafizyczna czy jednokomórkowi przodkowie z mulistej kałuży gdzieś z drugiego końca świata. A pan Bóg jest ekologiem. Spróbuj wyciąć wszystkie lasy a już On ci pokaże!
Powódź, która w 1997 r. zalała jedną piątą część Polski dała nam szansę na dalszy krok postępu w mentalności, w systemie wartościowania życia. Powódź, czy to po roztopach, czy to po deszczach wyobrażamy sobie jako morze słodkiej wody, wdzierające się nam w całe nasze życie teraźniejsze, po horyzonty i po niebiosa. Jak wygląda woda, każdy wie, jest przezroczysta i rozpuszcza brud, gasi pragnienie a jej energia wykonuje pracę. Woda to krynica życia na naszej planecie. Tymczasem w lipcu i sierpniu 1997 roku, podczas powodzi stulecia największym dramatem człowieka i reszty mieszkańców Polski, Czech i Niemiec Wschodnich był… brak wody. Bo żywioł, który topił, burzył i pochłaniał, wodą nie był. To było rwące morze śmieci, odpadów, odchodów, trupów, także tych z podmytych cmentarzy, a w tym żywiole bezużyteczności dryfowały świeżo wyprodukowane, zakupione i zgromadzone przedmioty, jak samochody, lodówki na jedzenie, kredensy, meblościanki, bibeloty i dzieła sztuki. Tu i tam łeb żywego jeszcze zwierzęcia, o którym zapomnieli gospodarze, ratujący samochód. Cała ta masa taranowała i burzyła, raniła i zabijała. A gdy wody opadły, nastąpił czas wielkiego wyławiania, ratowania, czyszczenia a przede wszystkim liczenia strat. Krzywda była wprost proporcjonalna do uprzedniego stanu posiadania. Drugim dramatem była utrata treści całego życia, to znaczy wieloletniego produkowania, zarobkowania, oszczędzania, kupowania i gromadzenia, a trzecim szok popowodziowy – bezsilność, rezygnacja i załamanie psychiczne, syndrom bynajmniej nie ustępujący temu powojennemu.
Opinia publiczna zbulwersowana została wypowiedzią pewnego kapłana, który tę katastrofę nazwał karą Niebios. „Tu niebo nie ma nic do gadania! ” – grzmiały autorytatywnie ocalałe z żywiołu telewizory i radia – „to wina meteorologów, że nie ostrzegli w porę, wina rządu prawicowego, że nie zmeliorował rzek jeszcze bardziej, niż do tej pory i lewicowego, bo uzależnił obywateli od państwa, a przecież państwo nie jest instytucją charytatywną”.
Ja takoż nie zgadzam się z wypowiedzią tamtego kapłana, ponieważ on odkrył, że ta kara boska była za to, że ludzie żyją bez ślubu i używają prezerwatyw.
Niestety, szansa na wyciagnięcie wniosku w roku 1997 została zmarnowana i czekamy na kolejny żywioł, aby tę szansę powtórzyć. Na razie, do dnia dzisiejszego trwają spory między człowiekiem a naturą, między powodzianami a tymi, których powódź nie dotknęła, między poszkodowanymi a komitetami pomocy i firmami ubezpieczającymi, bo każdy chce się wzbogacić na tym żywiole i… to wszystko. Zatem trwa wojna na froncie nowego rodzaju.
Granice nie mogą nas dzielić na drapieżników i ofiary, bo takiego podziału nie ma nawet w przyrodzie. Ekologia jest religią wyjątkową, bo stosuje dekalog do całego życia, do wszystkich naszych braci większych i mniejszych a nawet siostry każe szanować, czyli zakłada równe prawa w miłości i odpowiedzialności za wszystkich; za słabszych przede wszystkim. Natura nie przewidziała litości dla istot nieprzystosowanych ale inteligencja, która jest koroną ewolucji czy też boskiego planu, daje nam wybór – współistnienie albo zagłada. Lecz zanim zaczniemy budować domy specjalnej troski dla ofiar skażenia czy nie lepiej skażeniom zapobiegać? Zamiast tłumaczyć zanieczyszczenie powietrza pierworodnym grzechem Ewy, zamiast szukać Mesjasza, który polegnie za nasze grzechy w Jeruzalem albo w Nowym Jorku, czy nie lepiej samemu wziąć się za bary ze sobą samym?
Nie jest zwycięstwem zabić tygrysa za pomocą widelca, nawet w słusznej obronie własnej. Zwycięstwem jest powstrzymać samego siebie przed niepotrzebnym zadawaniem śmierci, przed ponad miarę uleganiem instynktom, których efektem jest tłok i agresja. „Miarą cywilizacji jest ilość ludzi, śpieszących na pomoc jednemu uwięzionemu górnikowi” – powiedział Saint Exupery. Telewizja sensacji i rozrywki pokazuje oddziały strażaków, wyciągające z topieli konia czy ściągające kota ze słupa wysokiego napięcia. Ludzie niekompetentni w naukach przyrodniczych uznali zwierzę za istotę zdolną do cierpienia. To nowa, ważna wartość dzisiejszych czasów, pełna nadziei na czasy jutrzejsze. Ulżyć komukolwiek kto cierpi. Zwycięstwem jest ocalić ginącego, wyłowić tonącego, uzdrowić chorego, ułaskawić skazanego. Jeżeli obarczeni boskim darem wolności wyboru wybierzemy przemoc, to nie będzie to wybór miecza, ale kija. A kij ma dwa końce. Co robić, aby nie zabijać? Nie przekraczać pewnych granic.
Opowiem wam o spektakularnym fakcie, jaki miał miejsce w stołecznym, nowoczesnym mieście naszego kraju. 14.3.2000 z rozbitego na zatłoczonym, ludzkim osiedlu cyrku uciekła tygrysica. Biegała po betonowym, obcym sobie kraju, po śmierdzącym asfalcie, nieznanej trawie, piaskownicach i ogródkach obszczanych przez ludzkie dzieci, bezbronna i bezskuteczna w swym drapieżnictwie. Nie umiała sobie poradzić z dżunglą pełną ludzkości. Ludzkość nie umiała poradzić sobie ze swoim strachem, gdy między nią a czworonożnym bohaterem azjatyckich… baśni zabrakło stalowej granicy. Gdy na głowie intruza zabrakło błazeńskiej czapki, na szyi smyczy a obok klauna z pejczem i płonąca obręczą. Miejsce tygrysa jest w… cyrku – przypomniała sobie ludzkość i wezwano… straże porządkowe. Przyjechała policja. Cały oddział uzbrojonych w prymitywne pukawki chłopaków, którzy nigdy do nikogo nie strzelali, bo w Polsce strzelanie do bandytów jest zabronione a na strzelanie do ćwiczebnych tarcz nie ma pieniędzy. Pojawił się weterynarz z kuszą, zaopatrzoną w strzykawkę ze środkiem usypiającym, aby ratować skazańca od egzekucji a ludzkość od spiłowanych zębów i pazurów. Zaczęła się akcja, wspomagana przez chóry gapiów. Przyjechała telewizja. Tygrysica-klaun skromnie ukryła się w krzakach a gdy ten, który miał ją ocalić zbliżył się do niej ze strzykawką, ta, która rozwesela płytkie dusze ludzi wyskoczyła mu naprzeciw. Jeden z młodziutkich obrońców prawa nie wytrzymał i strzelił w kierunku tygrysa i człowieka, jakby kulą z rewolweru chciał oddzielić od siebie oba gatunki. Zabił weterynarza, bo nie do końca odróżnił napastnika od ofiary, co było widać w telewizyjnych kamerach na wszystkich programach tamtego dnia; człowiek z raną na czole dźwigany na płachcie. Tygrysica też zginęła, bo pozostali policjanci nie mieli doświadczenia w walce z tygrysami i gdy zabrakło weterynarza, zrobili porządek po swojemu. To także pokazała telewizja: zakrwawione zwierzę, niesione na kratach ogrodzenia.
Teraz trwa proces stróża prawa oskarżonego o zabójstwo lekarza. Społeczeństwo nasze nie lubi policji i oczekuje surowej kary. Jakby młodemu chłopakowi nie dość było tego haniebnego wstydu za nieudany strzał, za niekompetencję zawodową, za pomyłkę po prostu.
Dyrekcja cyrku „Korona” oskarża zielonych terrorystów o… uwolnienie tygrysa z klatki i przyczynienie się do śmierci lekarza. Trwają dochodzenia. Ludzkość znów cofnęła się do czasów kuglarzy.
Wiara, etyka, kultura, ekonomia i polityka są boleśnie antropocentryczne. Nadal trwa spór, czy żywe mięso, przeznaczone na spożycie i surowiec należy przez egzekucją dręczyć, głodzić, pozbawiać wody i ukrycia przed mrozem, aby było smaczniejsze. Czy salami jest zdrowsze, gdy zwierzę było przed zgonem bite i straszone, aby jego mięso było bogate w modną adrenalinę? Czy wątróbki stłuszczone dają więcej frajdy niż chude? Czy futro karakułowe, zdzierane z owczych płodów jest szykowniejsze od kożucha? Czy koniom, które nie mieszczą się w wagonach śmierci, wiozących je przez całą Europę na europejskie stoły, łamać nogi na żywca, czy w znieczuleniu miejscowym? Jak uśmiercić bezużytecznego, bo starego psa?
Europa chrześcijańska jeszcze nie przyjęła do wiadomości, że od chwili Ukrzyżowania, w kościele chrystusowym ustały krwawe ofiary ze zwierząt, którymi ludzkość obrażała miłosiernego i sprawiedliwego Stwórcę. Że uczta Baranka składała się z chleba i wina.
Jak zdefiniować te granice, których przekraczać nie wolno?
A w ogóle to moje niniejsze wypracowanie, które wam czytam służy przede wszystkim mojej wprawie w dawno zapomnianym języku z dzieciństwa.

Gabriela Szmielik-Mazur
Kraków 2002
Gabriela Szmielik-Mazur