Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

Powracająca fala śmieci

Od wielu lat żyję na wsi polskiej i chcąc nie chcąc, muszę żyć jej rytmem. Uciekłam na wieś lat temu bez mała piętnaście, pieszcząc w sobie wizje łona natury.

POWRACAJĄCA FALA ŚMIECI

Będąc bliżej może jeszcze gdzieniegdzie nieskalanej przyrody raziło mnie nieodmiennie niefrasobliwe wywożenie śmieci do lasu, na łąkę, gdzieś na wyżej wzmiankowane łono natury.

Tak działo się do połowy lat dziewięćdziesiątych już ubiegłego stu- i tysiąclecia. Oczywiście były kontenery na odpadki opróżniane jak Pan Bóg dopuścił, czyli od czasu do czasu, niemniej z niejaką regularnością. Zaczynało być nieco czyściej w najbliższej domostwom okolicy. Odpady wywożone były za jakoweś, chyba nieznaczne kwoty (piszę o gminie Kłaj i Niepołomice). Śmietniki przelewały się, wsypywano do nich co popadnie. I wszystko łącznie: popiół z pieców, gruz, liście, patyki. Zaprzestano nałogowego palenia w ogrodach i zgoła wypaleniskowej gospodarki na polach.

Kontenery śmierdziały, a w szczególności w okresie lata i innych ciepłych dni rozsiewały zapach zapierający dech w piersiach, może i jakowąś zarazę, aliści maleńką, lokalną, niegroźną. O estetyce trudno było mówić w najbliższej im okolicy, niemniej i do tego to się sprowadza. Wieś polska nauczyła się śmieci wrzucać do kontenerów – miejsc do tego przeznaczonych.

W 2003 r. ogarnęła nas, kraj nasz piękny i nader mądrze rządzony, rewelacyjna wizja uzdatnienia, rozwinięcia, wprowadzenia na wyższy stopień rozwoju, nie tylko w drodze do Europy, aliści drogę ową wyprzedzający, pomysł na indywidualne, dla każdego gospodarstwa kontenernki. Miło było, nawet fajnie, cytując młodszych mieszkańców. Kontenerki były nowe, zgrabne, na kółeczkach, czyściutkie. Wywóz zagwarantowany dwa razy w miesiącu, opłata 5 zł od kubła, no i oczywiście darmowe worki na segregowane odpady, jak szkło, plastik, papiery etc.

Wielkie, zdezelowane, zardzewiałe i notorycznie śmierdzące, bo nigdy nie dezynfekowane pojemniki, z których wysypywało się jak z rogu obfitości, wywieziono przy akompaniamencie zgrzytów i ogłuszających łomotów.

Zapanowała sielanka. Dwa razy w miesiącu, jak napisano i do wierzenia podano, małe, czyste, zgrabne kontenerki opróżniano a wraz z ich zawartościa zabierano towarzyszące im równie schludne worki posegregowanych odpadów. Wywożono i nie jest ważne że “świtkiem”, koło południa a nie bladym rankiem, ale nie czepiamy się, nie czepiamy.

Naród zaczynał się przyzwyczajać. Tylko nieco częściej odwiedzano pobliskie Niepołomice, i to nie dlatego, że je gwałtem pokochano, lecz dlatego, że praktycznie myślący zaczęli tam podrzucać worki i woreczki ze śmieciami do wielkich, obskurnych pojemników, które królowały w tym miasteczku jeszcze nie tak rozwiniętym na drodze europeizacji i postępu wszelakiego. Udekorowany zwłaszcza był puszczański pojemnik na drodze łączącej Niepołomice z Kłajem. Śmieci przelewały się, leżały tuż obok, a i w najbliższym sąsiedztwie tworzyły malownicze hałdy. W samym mieście było tak samo.

Aż tu, parę tygodni temu, odgórną dyrektywą zarządzono, że i miasteczko też ma mieć indywidualny wywóz nieczystości, a kwotę za wywozy podniesiono.

Nie korzystałam z uroczych wózeczków na kółeczkach, bo mimo, że wierzę w mierzenie sił na zamiary, jednakowoż nie wyobrażałam sobie siebie wlokącej, pchającej, toczącej ową zdobycz techniki i ekologii 150 – 200 m drogą polną, do asfaltowej. Zamówiłam zatem specjalne worki na odpady – “ASA” za 3 zł/szt. Mając, co prawda, gospodarstwo jednoosobowe, lecz wielozwierzęce, jestem niesamowitą producentką śmieci – zapełniam dwa worki w miesiącu, nie licząc tych na posegregowane odpady. Dowiedziałam się, że owe czarne, nieco wąskie worki już nie kosztują mnie, jak dotychczas 3 lecz, 4,5 zł – wszak pieniądze leżą na ulicy. Jaki to jest procent wzrostu ceny – łatwo policzyć. I w tym momencie zrozumiałe dla mnie się stało dlaczegóż to znów zaczęłam obserwować gwałtowny przyrost nieczystości w Puszczy. Dotychczas kładłam to na karb zamiłowania do niechlujniej niefrasobliwości. Znów utwierdzono mnie w mniemaniu o moim zapuszczeniu obserwacyjnym. Widziałam bowiem od niejakiego czasu worki, woreczki, nawet takie sklepowo-zakupowe, powiązane schludnie, rzucone bezpańsko przy drodze, w towarzystwie plastikowych butelek po napojach.

Spaceruję po puszczy i puszczańskich, pełnych uroku łąkach, często, by nie powiedzieć nałogowo. Potykam się od lat na pozostałości bytności ludzkiej, na worki nylonowe zawieszone dla fantazji (?), orientacji (?) na omszałych ze starości drzewach. Zbieram te ohydę, a na jej tle, w nicości giną naturalne w tym miejscu, w odróżnieniu od worków, ślady ekskrementów moich psów.

Lasy te, wycinane bez umiaru na niezliczone PIT-y o numerach do 36 lub więcej, deklaracje ZUS-u, ocean zalewających nas druków i druczków, ulotek, znów grożącej wyborczej makulatury, mogłyby umierać czyste i pachnące, jeśli takie są znamiona czasów pełnych formularzy i niepotrzebnych, często nawet nie czytanych papierów. Czy i tak skazane na śmierć muszą umierać w towarzystwie niezniszczalnej plastikowej makulatury?

Kontenery przy drodze z Kłaja do Niepołomic zlikwidowano, w samych Niepołomicach też, więc i lasy z powrotem zaczęły robić za wysypisko, po paru latach względnej czystości.

Trudno tu mówić o braku kultury. Mamy wielkie rozwarstwienie społeczne i pauperyzację ogromnej, przytłaczającej większości społeczeństwa. Trudne jest, jeśli nie niemożliwe, wymaganie od ludzi, dopiero może uczących się pewnych zachowań uważanych ogólnie za oznaki kultury, by nie mając pieniędzy na chleb, wydawali je na tak “fanaberyjną” rozrzutność jak wywóz śmieci. Przecież jeszcze dziadek z babką do lasu wynosili i nikt od nich pieniędzy nie chciał. To, że owi babka z dziadkiem w ogrodzie dół na śmieci kopali, albo w piecu palili, to już się i może nie pamięta, bo wygodniej jest nie pamiętać i do lasu, autkiem lub autem wywieźć.

Wiem z tzw. dobrze poinformowanych źródeł, że są też i bogate, dostatnie domy, zamieszkałe przez cztero- pięcioosobowe rodziny, opłacające wywóz tylko jednego pojemnika czyli…

Nie chodzi mi o potępienie w czambuł ludzi. Oni dopiero byli uczeni i uczyli się nabierać pewnych dobrych obyczajów. Chodzi mi o, być może, nadmiernie wysoko skalkulowane koszty wywozu i krótkowzroczność władz gminy, tak jednak wydawałoby się dbających o swoją dobrą markę.

Wiem, że najbliższe wysypisko jest aż w Bukownie, bo w najbliższej okolicy, w Baryczy ceny za składowanie odpadów są wyższe.

Z kolei ponoć na wiosnę planowana jest kolejna wielka akcja sprzątania Puszczy i okolic przy zatrudnieniu miejscowych bezrobotnych, a i zapewne dziatwy szkolnej. Czyż nie można, z całym szacunkiem dla planów i akcji, skalkulować wywozu na dotychczasowym poziomie, może nawet z jakiegoś Phare lub innych europejskich instytucji dokładać, by obyczaj się zakorzenił. By przyzwyczajenie stało się drugą naturą.

Pewnej niedzieli byłam na wieczornej Mszy Św. w Niepołomicach i doznałam wstrząsu, mimo, że nie jedno w życiu już przeżyłam, na apel księdza, by nie wyrzucać śmieci na teren cmentarza oraz podziękowanie za obywatelską postawę niektórych mieszkańców, którzy je sprzątnęli. Jeśli już na cmentarzu robi się dzikie wysypisko, to z tym naprawdę trudno się jest pogodzić, przejść obok problemu obojętnie.

Może by jednak postawić w kilku newralgicznych, strategicznych punktach, takie gminne, gromadzkie śmietniki. Gdzie – to już tak jak ze ścieżkami na nowym trawniku (zasiać trawę i patrzeć którędy ludzie najczęściej przechodzą). Tu tego nie potrzeba. Trawnik jest mocno wydeptany. Opłaty zaś za wywóz tej zbiorowej paskudy wliczyć w podatek od nieruchomości.

Małgorzata Dąbrowska
luty 2004

Mieszkanka gminy Kłaj od 1994 r., uprzednio gminy Biskupice, uciekinierka z rodzinnego Krakowa, nadal w nim pracująca, ale z najwyższą radością wracająca na “wiochę”, “do tych pagórków niewielkich, do tych łąk zielonych”, bo tylko tu jest powietrze, tu jeszcze można oddychać, tylko tu widzi się zająca biegnącego przez pola, sarny za płotem, bażanty w ogrodzie na “dokarmianie” przychodzących, tu moja “źwierzyna” (znaczy – koty i psy) lata luzem, na wolności, itd., itd. byle nie wpaść w przesłodzoną wizję mieszczucha. Jako memento – mamy wszak autochtonów.
Małgorzata Dąbrowska