Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

Psalm o stworzeniu Jury

PSALM O STWORZENIU JURY

Jaką frajdę miał Stwórca kiedy ciebie tworzył
Za tworzywo miał barwy za narzędzie pędzel
A było to dzieło przypadku
Bo Autor nie wiedział co z niego wyrośnie
Nie miał planu ani nie znał zamiaru
Nawet umiar nieco z rąk mu się wymykał
Jakby to wszystko wcześniej mu się śniło
Nie było to dzieło frasobliwe

Najpierw rozlał na płasko co było pod ręką
A trafił łokciem w kałamarz z zielenią
Palec w glinie umaczał a usta w winie
I zamyślił się co tu z czym do czego

Potem uniósł się z wiechciem zanurzonym w trawie
Nieśmiało dotknął warzywnej płaszczyzny
A potem raz po raz tam i nazad
Góra dół aż się pędzel pośliznął i upadł
I tak powstały dołki z ochrą błotnistą
Do których wnet spłynęły strugi malachitu
Nakrapiane perłami fioletu wonnego
W pierzu obłoków zmieszanych z ultramaryną

Tutaj mu się omsknęło tam mu się zapadło
I zalśniły dolinki w całym swoim krasie
Roztańczone skręcone i podskakujące
Jakby ich geometria wracała z wesela
A drzewa im klaskały oddechem welonów
Przepłukanych deszczówką osuszonych słońcem

Jeszcze raz pochylił się nad słoikiem wapna
Tu i tam ciut skalistej barwy naniósł końcem
Starej jak śpiące w Ziemi kości oceanu
Który przychodził odchodził i wracał
Aż wypity przez słońce stał się bielą

A nad tym wszystkim zaciekło błękitnym podziwem
W nieco jaśniejszych plamach wywabionych z niego
I dotyk po dotyku źdźbła skrzydełka płatki
Łodyżka po łodyżce listeczek nad listkiem
Wydobywał z ziemi unosił do nieba
Rozwijał i nasycał wieszał i układał
Pędzel mknął i opadał po pagórkach temper
Aż do słodkawej chwili odpoczynku
Dla której między polnymi słupami
Namalował otwartą budkę z piwem

I łyknął złota z zielonego flakonu
I kichnął na to wszystko złotymi mniszkami
Tak gęsto aż się inne barwy nie zmieściły
Wystarczy niech to będzie wczesna pora roku
Później pozostałe wezwiemy do Jury
I obraz dokończymy i zawiesimy w Niebie

I poznawał sam siebie poprzez swoje dzieło
Które choć było trudem dawało Mu spokój
I twarzową radość od ucha do ucha
A dzień stworzenia Jury nazwał Niedzielą

A gdy już była Jura ogarnął się Stwórca
I wstąpił na rower bo nie posiadał skrzydeł
I śladami pędzla bujał się i hulał
W tańcu z grawitacją znajdując wytchnienie

Śpieszmy się chwalić Jurę nim stworzę człowieka
Który moje dzieło weźmie w posiadanie
Trzeba ją zapamiętać i schować w albumie

Bez strażników, mandatów i bez baloników
Bez drzwi do lasu, bramek i kłódek do jaskiń
Bez biletów, kasjerów i bez przewodników
Bez właścicieli, dzierżawców i bez bankomatów
Bez tabliczek na drzewach private area
Bez lodów na patyku i juraburgerów
Parasoli na niebie, plastikowych krzeseł
Fajerwerków, głośników, straganów z gwiazdkami
Wyścigów na skuterach i skoków na gumie
Wypożyczalni rakiet, gabinetów strachu
Salonów gier, agencji i pląsów na rurze
Bez hipoterapii i zdjęć na wielbłądzie
Bez hoteli, uzdrowisk i diabelskich młynów

Tam, chwilę przed stworzeniem antyświata
Zdążymy sklecić szałas z upadłych gałązek
Rozpalimy ognisko wiercąc dziurę w hubie
Zastawimy na łące stół z jagód i malin
A z krzemiennych klejnotów wystrugamy sztućce
Za mną moje zastępy
Pokłońmy się Jurze




kwiecień 2004

Gabi Szmielik-Mazur
PROSTA BABA SPOD KRAKOWA
Gabi Szmielik-Mazur