Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

Zasadzka w wężowym gnieździe

Przebieg konferencji w Cancun wykazał, że niektóre
 delegacje przyjechały tam z wyraźnym zamiarem utrącenia jakichkolwiek
 ograniczeń subsydiów rolniczych a nawet jej zerwania,
 gdyby nie można było tego osiągnąć innymi środkami.


ZASADZKA W WĘŻOWYM GNIEŹDZIE

Scenariusz był już wielokrotnie ćwiczony, scenografia też już była dobrze znana. W pięknie klimatyzowanych salach konferencyjnych i superluksusowych hotelach debatowali delegaci a na ulicach i placach pstrokaty, wielonarodowy tłum protestujących maszerował z transparentami, skandował hasła i starał się zwrócić uwagę światowych mediów. Zadaniem statystów, czyli protestujących, było dostarczenie tła do transmisji telewizyjnych: dowcipnych haseł, satyrycznych kukiełek – głównie George’a W. Busha – ciutki golizny, może jakiegoś zdemolowanego McDonalda. I trzeba przyznać, że zostało to wykonane dokładnie, na obstalunek. Niestety tym razem zawiedli główni aktorzy, delegaci na konferencję Światowej Organizacji Handlu (WTO) w meksykańskim kurorcie Cancun.

Warto tu może przypomnieć, jak przebiegały dotychczasowe rundy negocjacyjne WTO, które toczyły się w katarskiej stolicy Doha i urugwajskim mieście Punta del Este. Każda z nich zaczynała się od deklaracji przedstawicieli krajów rozwiniętych na temat chęci dopomożenia krajom rozwijającym się i tego jak propagowana przez nich liberalizacja handlu międzynarodowego temu celowi posłuży. Następnie, w trakcie długotrwałych negocjacji, kraje rozwinięte (czytaj: bogate) ustalały pomiędzy sobą ostateczny kształt międzynarodowych umów gospodarczych, pozostawiając krajom rozwijającym się (czytaj: biednym) ich akceptację. Tym ostatnim, zamiast traktatów gwarantujących ich interesy, musiały wystarczyć kolejne solenne zapewnienia pomocy.

Niespodziewanie, w Cancun pojawiła się nowa siła: przedstawiciele największych krajów rozwijających się, występujący po raz pierwszy wspólnie jako Grupa Dwudziestu Jeden (G21). Był to w dużej mierze rezultat niedawnego wejścia do WTO Chin. Dysponowały one znakomicie przygotowanymi negocjatorami, produktem kilkuletnich negocjacji akcesyjnych tego kraju do WTO, fachowcami, których dotychczas większość krajów rozwijających się nie posiadała. Drugim, chyba nawet istotniejszym elementem, była świadomość delegacji krajów rozwijających się łatwości z jaką zostali oni wyprowadzeni w pole w poprzednich rundach negocjacyjnych i mocne postanowienie zapobieżenia powtórki scenariusza w przyszłości.

Leżący bowiem u podstaw działania WTO mechanizm rozstrzygania sporów handlowych, przyjęty w czasie “rundy urugwajskiej” a mający teoretycznie wyrównać szanse wszystkich krajów, w praktyce upośledził te najbiedniejsze. Przewiduje on w wypadku stwierdzenia bezprawnych jednostronnych akcji, jak nieuzasadnione taryfy antyimportowe czy cła zaporowe, “odwet” krajów pokrzywdzonych. Ma on postać dodatkowego cła na towary eksportowane przez kraj, który dopuścił się przewinienia, o wartości równej sumie korzyści finansowych z owych akcji, nakładanego przez kraj pokrzywdzony.

I tak Stany Zjednoczone mogły ustanowić dodatkowe “karne” cła na szereg towarów luksusowych produkowanych w krajach Unii Europejskiej, jako odwet za niedopuszczanie na rynki tej ostatniej amerykańskich produktów rolnych modyfikowanych genetycznie. Kraje rozwijające się są jednak zbyt biedne aby stać je było na analogiczny odwet w wypadku nieuzasadnionego zablokowania ich eksportu. Po pierwsze same nie dysponowały dotychczas prawnikami przygotowanymi do wszczęcia i prowadzenia odpowiedniej procedury przed WTO a na wynajęcie wyspecjalizowanych kancelarii prawniczych w Ameryce Północnej czy Europie Zachodniej po prostu nie było ich stać. Po drugie, nawet gdyby WTO w odpowiednim postępowaniu uznała ich racje, są one zbyt biedne by stosować odwet. Uzależnione są one bowiem od importu towarów, myśli technicznej i kapitału z krajów rozwiniętych. Z kolei eksport do krajów biednych ma dla krajów rozwiniętych tak niewielkie znaczenie, że nawet obłożenie go odwetowym cłem niewiele by te ostatnie zabolało.

W trakcie “rundy urugwajskiej” amerykańscy i europejscy negocjatorzy potrafili tak sformułować finalne dokumenty, że chronią one wszelkie istotne dla nich “wrażliwe” obszary ekonomiczne. Jak wskazuje Karen J. Alter (The WTO’s new dispute resolution system w “International Affairs” numer 4, lipiec 2003) brak wprawy w języku prawniczym reprezentantów krajów rozwijających się spowodował, że nie potrafili oni zabezpieczyć swych interesów literą prawa w niepodważalny sposób. Zadowolili się oni ustnymi deklaracjami przedstawicieli krajów rozwiniętych, które nie dają żadnej podstawy prawnej do zakwestionowania praktyk, w oczywisty sposób krzywdzących producentów z krajów rozwijających się.

Te ostatnie zostały zmuszone do zaakceptowania umów dotyczących własności intelektualnej (tzw. TRIPS) i zasad wolnego handlu w sferze usług podczas gdy USA i Europa wybroniły się przed reformami w obszarach, które obchodzą kraje rozwijające się najbardziej: rolnictwie, procedurach antydumpingowych i opłatach kompensacyjnych. Rezultatem rundy urugwajskiej stało się powiększenie przepaści pomiędzy ustępstwami wywalczonymi przez kraje bogate w stosunku do krajów biednych.

Przyjęcie przez kraje rozwijające się TRIPS praktycznie biorąc uniemożliwiło zamieszkującym je osobom chorym na HIV/AIDS uzyskanie niezbędnych do przeżycia lekarstw. Oczywiście amerykańskim czy europejskim negocjatorom, którzy tak dzielnie bronili praw multinarodowych koncernów farmaceutycznych do zysków, ani przyjdzie do głowy przyznać, że dzięki temu doprowadzili do śmierci milionów ludzi w Afryce.

Kraje rozwinięte, świadome rosnącego międzynarodowego potępienia, nazwały rozpoczęte w Dosze negocjacje “rundą dla rozwoju” (Development Round). To zaś oznaczało, że jej punktem centralnym miały być zagadnienia rolnictwa, decydujące o życiu i śmierci absolutnej większości osób zamieszkujących kraje rozwijające się, a więc przeważającej części ludności naszej planety.

W miarę upływu czasu od listopada 2001 roku, daty rozpoczęcia rundy z Doha, okazywało się coraz wyraźniej, że kraje rozwinięte znów zdecydowały się na powtórkę – szumne deklaracje publiczne i całkowicie przeczące im zakulisowe działania. Zamiast zapowiadanych redukcji taryf na tekstylia, jeden z niewielu towarów przemysłowych w których produkcji kraje biedne mogą konkurować z krajami bogatymi, zaczęto je rozciągać na nowe grupy wytworów.

Najważniejszą kością niezgody stały się wielomilionowe subsydia płacone wytwórcom produktów rolnych, głównie w Stanach Zjednoczonych, Unii Europejskiej (UE) i Japonii przez rządy tych krajów. Subsydia te, których beneficjantami są zwykle maleńkie grupki zorganizowanych w silne lobbies producentów, wywierają wieloraki, niesłychanie szkodliwy wpływ na światową gospodarkę. Po pierwsze całkowicie wypaczają one mechanizm informacyjny i alokacyjny, którym są ustalane wolnorynkowo ceny. Krzywdzi to przede wszystkim producentów w krajach nie stosujących subsydiów, którzy na zniekształconym rynku nie są w stanie konkurować z produktami subsydiowanymi, nawet jeśli koszta produkcji tych ostatnich są znacznie wyższe od ich własnych.

W takiej właśnie sytuacji znajdują się producenci cukru w Mozambiku czy bawełny w Zachodniej Afryce. W czterech krajach tego ostatniego regionu: Mali, Czadzie, Burkinie Faso i Beninie. Kilku (a z rodzinami i producentami usług, kilkunastu) milionom lokalnych producentów bawełny grozi dosłownie śmierć głodowa z powodu zalewania ich rynku tańszą, bo subsydiowaną bawełną amerykańską. W samych Stanach Zjednoczonych, z tych skandalicznie niegodziwych (jak określił je tygodnik “The Economist”) subsydiów korzysta zaledwie około 25 tysięcy producentów, ale tak się składa, że ich orędownikiem jest przewodniczący senackiej komisji rolnej. I tak państwa, których rządy są głównymi międzynarodowymi eksporterami ideologii liberalnego, wolnorynkowego kapitalizmu, w swej praktycznej działalności kierują się zasadami, które z pewnością znalazłyby pełne uznanie u twórców niegdysiejszej Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej.

Niegodziwość mechanizmów handlu światowego, bogacącego kraje zamożne a zubożającego kraje biedne, wywołuje protesty nie tylko tych ostatnich. Stała się ona też mechanizmem radykalizacji działaczy szeregu aktywnych w krajach rozwijających się organizacji pozarządowych z krajów rozwiniętych. Znalazły się wśród nich nawet tak stare, szacowne i paternalistyczne organizacje jak Christian Aid, OXFAM czy CAFOD, powołane swego czasu przez czynniki kościelne do szerzenia “wiary i postępu” wśród Afrykanów i Latynosów.

Intensywnej i umiejętnej propagandzie tych organizacji należy zawdzięczać coraz szerszą świadomość konieczności zmian istniejącego stanu rzeczy wśród społeczeństw krajów zamożnych. Wzmożony nacisk moralny na negocjatorów rundy doszańskiej z krajów rozwiniętych zainspirował wyjątkowo sprytny kontratak tych ostatnich. W trakcie przygotowań do konferencji w Cancun przedstawiciele krajów bogatych, głównie UE, zażądali włączenia do jej programu, tak zwanych “zagadnień singapurskich”.

Tą ostatnią nazwą określa się zagadnienia związane z inwestycjami, przejrzystością zamówień publicznych, regułami konkurencji i ułatwieniami w obrocie towarowym omawiane po raz pierwszy na konferencji ministerialnej WTO w Singapurze w 1996 roku. Większość krajów rozwijających się absolutnie sprzeciwiała się nie tylko włączeniu ich do obrad konferencji ale nawet rozciągnięciu na nie jurysdykcji WTO, twierdząc, że mają one dość luźny związek z celami, dla których powołano tę organizację. Po dłuższych negocjacjach przedstawicieli UE i krajów rozwijających się, reprezentowanych głównie przez Indie, uzgodniono kompromis. Kraje rozwijające się zgodziły się na włączenie “zagadnień singapurskich” do programu Cancun na wyrażona explicite zgodę przedstawicieli krajów rozwiniętych, iż ich omawianie zależeć będzie od uprzednio uzgodnionego porozumienia co do produktów rolnych (WTO, Doha Ministerial Declaration par. 20, 23, 26 i 27, za http://www.investmentwatch.org).

Już w tygodniach poprzedzających otwarcie konferencji w Cancun stało się jasne, że negocjatorzy UE wcale nie zamierzają respektować przyjętych zobowiązań.

Przedstawiciel Unii publicznie zaprzeczył, iż kiedykolwiek obiecywała ona likwidację czy choćby redukcję subsydiów eksportowych dla swych produktów rolnych. Zmiękczeniu stanowiska krajów rozwijających miał też służyć, szeroko rozpropagowany raport Banku Światowego, wykazujący iż przyjęcie “zagadnień singapurskich” miałoby przynieść do 2015 roku 500 miliardowy (w dolarach USA) wzrost światowego bogactwa, z czego 60% przypadać by miało na kraje rozwijające się. Jak zwykle w tego typu obliczeniach zakładano jednak szereg “warunków idealnych”, których zaistnienie, czego dowiodły rezultaty poprzednich rund negocjacyjnych, było niesłychanie wątpliwe, jeśli nie wręcz niemożliwe.

Przebieg konferencji w Cancun wykazał, że niektóre delegacje przyjechały tam z wyraźnym zamiarem utrącenie jakichkolwiek ograniczeń subsydiów rolniczych a nawet jej zerwania, gdyby nie można było tego osiągnąć innymi środkami. Przedsmakiem tego był ogłoszony już na jej półmetku roboczy projekt dokumentu końcowego. Wywołał on zrozumiałe oburzenie delegacji krajów rozwijających się. Nie było w nim ani słowa na temat ograniczenia 3 miliardowych subsydiów jaki otrzymują co roku amerykańscy producenci bawełny czy tych, które otrzymują europejscy producenci mleka, a powodujących, że na utrzymanie francuskiej czy holenderskiej krowy łoży się nieporównanie więcej niż na utrzymanie – w porównywalnym okresie czasu – afrykańskiego dziecka.

W szczególnie dotykającej najbiedniejsze kraje afrykańskie sprawie bawełny dokument proponował tylko dokonanie przez WTO przeglądu sytuacji w nieokreślonej przyszłości, ani słowem nie wspominając o eliminacji amerykańskich subsydiów czy choćby jakiejś formy rekompensaty dla krajów nimi poszkodowanych. A już prawdziwym policzkiem była zawarta w nim sugestia, że afrykańscy producenci bawełny powinni rozpatrzyć możliwość przejścia na inne plony. Tego typu operacja w najbiedniejszych krajach naszej planety, nie posiadających właściwego wsadu jak ziarna czy sadzonki innych upraw i odpowiednio wyszkolonych agronomów jest nieomal niemożliwa. Gdyby zaś była, to jeden rzut oka na atlas uświadamia, że tamtejsze gleby, wyjałowione z azotu, do takich upraw po prostu się obecnie nie nadają.

Najbardziej jednak kontrowersyjną okazała się w rezultacie taktyka negocjacyjna przedstawicieli UE, głównego negocjatora Pascala Lamy i komisarza do spraw rolnictwa Franza Fischlera. Powszechne zdumienie obserwatorów wzbudził upór Lamy’ego, który aż do poranka ostatniego dnia konferencji żądał priorytetu negocjowania “zagadnień singapurskich”. W przeciwieństwie do delegacji amerykańskiej, nie był on bowiem poddawany naciskom jakiegokolwiek lobby europejskiego, które zagadnienia te traktowałoby jako życiowo istotne. Gdy wreszcie ustąpił nieco pola, na parę godzin przed planowanym zamknięciem konferencji, było już za późno. Kierujący konferencją meksykański minister spraw zagranicznych już podjął decyzję zakończenia jej w terminie.

Niektórzy kładli taktyczny błąd Lamy’ego na karb zwyczajów panujących w rokowaniach wewnątrz krajów UE, gdzie kompromisy i finalny rezultat osiąga się zwykle co najmniej w dzień przed planowanym zakończeniu obrad.

Jest jednak i inne, bardziej złowróżbne tłumaczenie jego zachowania. Są też opinie, że jego taktyką było celowe zastawienie pułapki negocjacyjnej na kraje rozwijające się, by zmusić je bądź do przyjęcia niekorzystnych dla nich wyników, bądź sprowokować do zerwania obrad. W każdym wypadku osiągał on swój cel, jakim było zdjęcie ze stołu obrad kwestii europejskich subsydiów dla rolnictwa.

Fiasko negocjacji w Cancun przyjęte zostało entuzjastycznie przez niektórych delegatów z krajów rozwijających się, dumnych iż tym razem nie ulegli presji świata potęgi i bogactwa. Otwartą radość, z tych samych powodów, demonstrowali towarzyszący konferencji przedstawiciele organizacji pozarządowych i licznych ruchów antyglobalistycznych. Dużo powściągliwsze opinie wyrażała większość obserwatorów, wskazujących, iż – możliwe obecnie – załamanie się całej rundy doszańskiej daje krajom rozwiniętym wolną rękę do zawierania umów bilateralnych z wybranym krajami rozwijającymi się. Te ostatnie będą wtedy w jeszcze słabszej pozycji niż jako blok państw i będą musiały przystać na to, co zostanie im podyktowane.

Nie jest to jednak jedyna możliwa konsekwencja niesławnego końca tej konferencji. Przedstawiciele państw tworzących trzon G21 (Chin, Indii, Brazylii i RPA) zapowiedzieli, iż zamierzają kontynuować wspólne wystąpienia, utrzymując je jako stały składnik międzynarodowego systemu gospodarczego. Co prawda oświadczenia te przyjęte zostały z dużym sceptycyzmem, ale warto przypomnieć, że równy sceptycyzm towarzyszył pierwszym próbom zajęcia wspólnego stanowiska przez kraje naftowe OPEC w początkach lat 70-tych XX w. Kraje zamożne, świadome groźby osłabienia swej pozycji negocjacyjnej, już teraz próbują kontratakować. Dzięki amerykańskim naciskom administracji USA, w ciągu ubiegłych miesięcy cztery kraje latynoamerykańskie wycofały się z 21, ale dwa afrykańskie zgłosiły gotowość przystąpienia do niej.

W języku Majów, starożytnych mieszkańców Cancun, nazwa tej miejscowości oznacza “Wężowe Gniazdo”. Być może rzeczywiście główną ofiarą zastawionej w nim pułapki będą kraje rozwijające się. Nie można jednak też wykluczyć, że te ostatnie, uodpornione zdobytym tu doświadczeniem, podejmą teraz próbę istotnej zmiany układu sił w światowym handlu.

Marek Garztecki
marek@garztecki.freeserve.co.uk

Autor ma 57 lat, jest publicysta (m.in “Rzeczpospolita”, “The Times”, “World Link”, “Jazz Forum”), wykładowcą (Collegium Civitas), didżejem (Radio Jazz), ekspertem/analitykiem (International Institute For Strategic Studies i World Economic Forum), politykiem-amatoren (PPS).
Marek Garztecki