ZB 7(187), wrzesień 2003
ISSN 12312126, [zb.eco.pl/zb]
Refleksje
 

REFLEKSJE POURLOPOWE

Od kilku lat opisuję w ZB wrażenia z wakacji, ostatnio zawsze spędzanych w Niedzicy. Niestety w tym roku tak się złożyło, że ca-łe lato przesiedzieliśmy w dusznym Krakowie. Nie nacieszyłam oczu pięknem przyrody, nie dotleniłam płuc czystym powietrzem.

Zwykle wolny czas dzielę na dalekie spacery i czytanie. Spacery odpadły, wobec tego sądziłam, że będę miała dużo czasu na czy-tanie i wreszcie odrobię zaległości. Nic z tego, najwięcej czasu spędziłam przy komputerze, kończąc Moje i nie tylko moje przygody teatralne i nie tylko teatralne, ale tylko dla dorosłych. Potem rozmowy z wydawcą, jedna i druga korekta. I tak czas przeleciał. Za-praszam na promocję, która prawdopodobnie odbędzie się 13 października, jak zwykle w śródmiejskim Ośrodku Kultury w Krako-wie. Niestety, zdążyłam przeczytać tylko dwie książki, jak na dwa miesiące to mało, ale za to naprawdę bardzo ciekawe, kompletnie różne i to dzięki koleżance z Klubu Wegetarian, Elżbiecie, która jedną mi pożyczyła, a drugą przyniosła w prezencie. Koleżanki wie-dzą, że wolę książki niż kwiatki. Pierwsza to Kładka nad przepaścią. Nie jest to absolutnie pozycja rozrywkowa, natomiast uważam, że na pewno może pomóc ludziom poważnie chorym i ich rodzinom. Są to bardzo intymne wyznania kilku osób, których dotknął rak. Walka z nowotworem, oczywiście przy pomocy świetnych doktorów, głównie opiera się na wierze, że przezwycięży się chorobę. Trzeba wielkiej odwagi, żeby walczyć z chorobą, a jeszcze większej, żeby to wszystko opisać. Autorami są wspaniali ludzie: Henryk Cyganik, Józef Baran, Irena Mądzik oraz Elżbieta i Barbara.

A oto kilka zdań ze wstępu, napisanego przez Krystynę Rożnowską, z inicjatywy której powstała ta książka: Ludzie unikają smutku, a więc nie będzie im łatwo sięgnąć po tę książkę. Już samo słowo rak przeraża, wywołuje psychozę. Zdrowym trudno rozmawiać z chorymi, których życie jest zagrożone. Rak ich rozdziela… Tymczasem fakty są nieubłagane. Chorych przybywa, co roku wykrywa się w Polsce ponad 110 tys. nowych zachorowań na nowotwory. Rośnie też - i to jest optymistyczne - liczba osób, którym udało się pokonać raka. O tych, którzy chorują i o wyleczonych niewiele jednak wiadomo. Nie wolno się od nich odwracać. "Nigdy bardziej nie potrzebujemy pomocy i obecności drugiego człowieka niż wtedy, gdy śmierć stoi blisko, lęk paraliżu-je, a my tak pragniemy żyć" - napisała jedna z autorek zamieszczonych w tej książce zwierzeń… Pogodzić mądrość i odwagę. Z pozoru proste. Jeżeli chodzi o drugą książkę, a właściwie książeczkę - Ja w sprawie kota są to urocze wiersze o kotach Franciszka Klimka. Na-wiązałam kontakt telefoniczny z autorem, po prostu wyszukałam jego numer w książce telefonicznej (na szczęście były tylko dwa takie nazwiska) i zaprosiłam na nasze spotkania w śródmiejskim Ośrodku Kultury, Mikołajska 2. Nasze - to znaczy Klubu Przyjaciół Kota "Filemona", które odbywają się zawsze w śOK-u, w drugą sobotę miesiąca, godz. 16. Zwykle trochę czasu zajmuje mi telewizja, w tym roku program był dla mnie tak nieciekawy, że z czystym sumieniem prawie nie włączałam telewizora. Brakowało mi świetnego programu "Animals" emitowanego w II programie TVP i "Kundel Bury i Kocury" nadawanego z Krakowa., który pomagał zwierzętom i ich opiekunom. Właściwie poza wiadomościami oglądałam tylko programy przyrodnicze: "Raj na Ziemi" - filmy dokumentalne USA, "Podróże w czasie i przestrzeni" - program II, "National Geographic" - filmy dokumentalne o przyrodzie i zwierzętach m.in. w Tajlandii, No-wej Zelandii, Tanzanii, w parkach narodowych (ostatnio obejrzałam interesujący film o tygrysach, w programie I - "Zwierzęta świa-ta"). Gdyby nie te przepiękne filmy naprawdę nie miałabym co oglądać. Nie rozumiem (nie tylko ja) dlaczego filmy te są nadawane w porze niezbyt dogodnej dla wielu telewidzów. Może dlatego, że pokazują - iż zwierzę nie jest rzeczą! Broni siebie, swojej rodzi-ny, swojego rewiru, walczy o przetrwanie, przekazuje sobie wiadomości, porozumiewa się, płacze i śmieje się, czuje, kocha, cierpi, bawi się i uczy swoje potomstwo. A więc myśli! Ludzie w większości, niestety, traktują zwierzęta jak nieczułe istoty. Haniebne czyny zwyrodnialców określają mianem "zezwie-rzęcenia". A przecież żadne zwierzę nie czerpie radości z bólu innej istoty, co niestety robi człowiek - corrida, walki psów, tresura w cyrku (jakim torturom poddawane są przez treserów zwierzęta występujące w cyrku - bicie, porażanie prądem - można było prze-czytać w "Polityce" nr 34 z 23.8. br. w artykule pt. Słonie łzy). Tyle niewyobrażalnego okrucieństwa! Niektórzy ludzie (i to o dziwo wykształceni, nie prymitywni analfabeci) nie chcą uznać że zwierzę jest istotą czującą, bo czym mogliby usprawiedliwić swoje be-stialstwo, brutalność, krwiożerczość, wręcz sadyzm wobec nieszczęsnych naszych braci mniejszych? Bezmyślnością? (Co do bez-myślności i okrucieństwa ludzi w stosunku do zwierząt to polecam takie pozycje jak: Howard F. Lyman, Glen Merzer: Szalony kow-boj; Juliet Gellatley, Tony Wardle: Milcząca arka; Milly Schar-Manzoli, Max Keller: Holokaust; Charles Patterson: Wieczna Tre-blinka. Wszystkie tłumaczone przez Romana Rupowskiego.) Czym można usprawiedliwić eksperymenty na zwierzętach? Chciwością? Po trupach (zwierząt) do celu, znaczy do pieniędzy. Czy ci ludzie wierzą w Boga, który przecież jest dobrocią i na pewno nie akceptuje sadyzmu wobec żadnych czujących istot? Pozdrowienia dla wszystkich czytelników ZB.

Renata Fiałkowska
wrzesień 2003

Z punktu widzenia bandyty...

Bodajże w zeszłym roku telewizja pokazała reportaż o mordercy, który zabił całkiem przypadkową kobietę - matkę spacerującą z małym dzieckiem. Zabójca tak nienawidził świata, wszystkiego i wszystkich, że przygotował sobie kryjówkę w lesie, nie zapomniawszy o ulubionej kolekcji wędek. I tu nasuwa się refleksja. Młody mężczyzna stracił wszystko co ludzkie, ale jednak las pozostał jego ostatnią miłością, wiarą i nadzieją - tak samo, jak dla wszystkich zbójów, bandytów i desperatów od tysięcy lat. Być może, czytał kiedyś książki Maya, Curwooda, Londona, Coopera - o życiu swobodnym i wolnym od wszystkich obsesji, stresów i konfliktów, jakie przynosi tak zwana cywilizacja. Być może pozostała w nim tęsknota za czymś naturalnym choć inne uczucia ludzkie uległy u niego p rzenicowaniu. (Z jakich przyczyn? To już inny zestaw pytań, do którego powrócę w wystarczająco poważnym towarzystwie, jeśli się takowe w ogóle znajdzie w dzisiejszych "wesołych" czasach).

Co robi dzisiejszy "desperado" - wychowany na krwawych kryminałach, apokaliptycznych filmach wojennych czy komputerowych "strzelankach" - bryzgających ludzkimi flakami pośród huku "shot gunów" i "bazook"? Prędzej czy później dochodzi do wniosku, że nie musi być ani Bin Ladenem, ani szefem wielkich sił zbrojnych, dysponującym czołgami i bombowcami! Może własnymi siłami i prostymi środkami urządzić prawdziwą Apokalipsę - bo do tego wystarczy motocykl albo samochód plus pudełko zapałek! Wystarczy podpalić las gdzieś w Kalifornii, południowej Europie, Polsce czy Australii - potem szybko wrócić do domu, włączyć telewizor i z satysfakcją patrzyć na efekty! "He, he, he! Ten Bobby zaraził wirusem 500 tys. komputerów, a ja spaliłem 5 tys. ha lasu i tuzin miasteczek! Kto lepszy?!" - tak sobie myśli nie jeden spośród "Supermanów-amatorów". Tak oto zmieniają się czasy. Parę dziesiątków lat temu miałem kilku kumpli pośród lokalnych "fetniaków" - czyli facetów uwielbiających ostre rozróby i nie stroniących od rozboju. Kiedyś jeden z nich właśnie wyszedł z więzienia, więc towarzystwo poszło sobie do lasu z "baterią" wódek i skrzynką piwa, aby to uczcić. Pili, tłusto podśpiewywali, palili, rzucali w lewo i prawo petami - a po chwili zauważyli, że las płonie! Wtedy momentalnie wytrzeźwieli i rzucili się na ratunek… Gdy nadbiegli miejscowi chłopi i pojawiła się straż, było już po wszystkim - udało im się zadeptać ogień i zasypać piaskiem… Pechowcy byli poparzeni, pewexowskie Wranglery i oryginalne Adidasy szlag trafił - przysłowiowo "pluli sobie w brodę" z racji swojej lekkomyślności, ale nie żałowali swojego poświęcenia: BO JESZCZE BYLI LUDźMI… Jeszcze jeden "drobiazg" odróżniał ich od dzisiejszych psycholi: dość ochoczo chadzali z dziewczynami do łóżka czy w krzaki, ale całowali je w rękę, po tańcu kłaniali się szarmancko i nigdy nie splamili swojego honoru gwałtem, czy jakimś chamskim zachowaniem, choć w różnych okolicznościach zdarzało się, że komuś tam porządnie "przyfanzolili"… Gdzie jest prawdziwa granica człowieczeństwa? Kto i w jaki sposób stara się o to, aby ludzie przestali być ludźmi? Od czego zacząć obronę prawdziwych wartości ludzkich? Być może - pogadamy o tym - gdy znajdą się zdolni i chętni podjąć ten CHOLERNIE NIEWYGODNY TEMAT…

okladka BZB 37

Feliks Chodkiewicz




 
Wydawnictwo "Zielone Brygady" [zb.eco.pl]
Fundacja Wspierania Inicjatyw Ekologicznych [fwie.eco.pl]