REFLEKSJE POURLOPOWE
, wrzesień 2003 [Refleksje]_pliki/k.gif) |
Od kilku lat opisuję w ZB wrażenia z wakacji,
ostatnio zawsze spędzanych w Niedzicy.
Niestety w tym roku tak się złożyło,
że ca-łe lato przesiedzieliśmy w dusznym Krakowie.
Nie nacieszyłam oczu pięknem przyrody,
nie dotleniłam płuc czystym powietrzem.
|
Zwykle wolny czas dzielę na dalekie spacery i czytanie.
Spacery odpadły, wobec tego sądziłam, że będę miała dużo czasu na czy-tanie
i wreszcie odrobię zaległości. Nic z tego, najwięcej czasu spędziłam przy
komputerze, kończąc Moje i nie tylko moje przygody teatralne i nie tylko
teatralne, ale tylko dla dorosłych. Potem rozmowy z wydawcą, jedna i druga
korekta. I tak czas przeleciał. Za-praszam na promocję, która prawdopodobnie
odbędzie się 13 października, jak zwykle w śródmiejskim Ośrodku Kultury
w Krako-wie.
Niestety, zdążyłam przeczytać tylko dwie książki,
jak na dwa miesiące to mało, ale za to naprawdę bardzo ciekawe,
kompletnie różne i to dzięki koleżance z Klubu Wegetarian, Elżbiecie,
która jedną mi pożyczyła, a drugą przyniosła w prezencie. Koleżanki
wie-dzą, że wolę książki niż kwiatki. Pierwsza to Kładka nad przepaścią.
Nie jest to absolutnie pozycja rozrywkowa, natomiast uważam, że na pewno
może pomóc ludziom poważnie chorym i ich rodzinom. Są to bardzo intymne
wyznania kilku osób, których dotknął rak. Walka z nowotworem, oczywiście
przy pomocy świetnych doktorów, głównie opiera się na wierze, że
przezwycięży się chorobę. Trzeba wielkiej odwagi, żeby walczyć z
chorobą, a jeszcze większej, żeby to wszystko opisać.
Autorami są wspaniali ludzie: Henryk Cyganik, Józef
Baran, Irena Mądzik oraz Elżbieta i Barbara.
A oto kilka zdań ze wstępu, napisanego przez Krystynę
Rożnowską, z inicjatywy której powstała ta książka:
Ludzie unikają smutku, a więc nie będzie im łatwo sięgnąć po tę książkę.
Już samo słowo rak przeraża, wywołuje psychozę. Zdrowym trudno rozmawiać
z chorymi, których życie jest zagrożone. Rak ich rozdziela… Tymczasem
fakty są nieubłagane. Chorych przybywa, co roku wykrywa się w Polsce
ponad 110 tys. nowych zachorowań na nowotwory. Rośnie też - i to jest optymistyczne
- liczba osób, którym udało się pokonać raka. O tych, którzy chorują
i o wyleczonych niewiele jednak wiadomo. Nie wolno się od nich odwracać.
"Nigdy bardziej nie potrzebujemy pomocy i obecności drugiego człowieka
niż wtedy, gdy śmierć stoi blisko, lęk paraliżu-je, a my tak pragniemy
żyć" - napisała jedna z autorek zamieszczonych w tej książce zwierzeń…
Pogodzić mądrość i odwagę. Z pozoru proste.
Jeżeli chodzi o drugą książkę, a właściwie książeczkę
- Ja w sprawie kota są to urocze wiersze o kotach Franciszka Klimka.
Na-wiązałam kontakt telefoniczny z autorem, po prostu wyszukałam
jego numer w książce telefonicznej (na szczęście były tylko dwa takie
nazwiska) i zaprosiłam na nasze spotkania w śródmiejskim Ośrodku Kultury,
Mikołajska 2. Nasze - to znaczy Klubu Przyjaciół Kota "Filemona", które
odbywają się zawsze w śOK-u, w drugą sobotę miesiąca, godz. 16.
Zwykle trochę czasu zajmuje mi telewizja, w tym roku program był dla mnie
tak nieciekawy, że z czystym sumieniem prawie nie włączałam telewizora.
Brakowało mi świetnego programu "Animals" emitowanego w II programie TVP i
"Kundel Bury i Kocury" nadawanego z Krakowa., który pomagał zwierzętom i
ich opiekunom.
Właściwie poza wiadomościami oglądałam tylko programy przyrodnicze:
"Raj na Ziemi" - filmy dokumentalne USA, "Podróże w czasie i przestrzeni"
- program II, "National Geographic" - filmy dokumentalne o przyrodzie
i zwierzętach m.in. w Tajlandii, No-wej Zelandii, Tanzanii, w parkach
narodowych (ostatnio obejrzałam interesujący film o tygrysach,
w programie I - "Zwierzęta świa-ta"). Gdyby nie te przepiękne filmy
naprawdę nie miałabym co oglądać. Nie rozumiem (nie tylko ja) dlaczego
filmy te są nadawane w porze niezbyt dogodnej dla wielu telewidzów.
Może dlatego, że pokazują - iż zwierzę nie jest rzeczą! Broni siebie,
swojej rodzi-ny, swojego rewiru, walczy o przetrwanie, przekazuje sobie
wiadomości, porozumiewa się, płacze i śmieje się, czuje, kocha, cierpi,
bawi się i uczy swoje potomstwo. A więc myśli!
Ludzie w większości, niestety, traktują zwierzęta jak nieczułe istoty.
Haniebne czyny zwyrodnialców określają mianem "zezwie-rzęcenia".
A przecież żadne zwierzę nie czerpie radości z bólu innej istoty,
co niestety robi człowiek - corrida, walki psów, tresura w cyrku
(jakim torturom poddawane są przez treserów zwierzęta występujące
w cyrku - bicie, porażanie prądem - można było prze-czytać w
"Polityce" nr 34 z 23.8. br. w artykule pt. Słonie łzy).
Tyle niewyobrażalnego okrucieństwa! Niektórzy ludzie (i to o dziwo wykształceni,
nie prymitywni analfabeci) nie chcą uznać że zwierzę jest istotą czującą,
bo czym mogliby usprawiedliwić swoje be-stialstwo, brutalność, krwiożerczość,
wręcz sadyzm wobec nieszczęsnych naszych braci mniejszych? Bezmyślnością?
(Co do bez-myślności i okrucieństwa ludzi w stosunku do zwierząt to polecam
takie pozycje jak: Howard F. Lyman, Glen Merzer: Szalony kow-boj; Juliet
Gellatley, Tony Wardle: Milcząca arka; Milly Schar-Manzoli, Max Keller:
Holokaust; Charles Patterson: Wieczna Tre-blinka. Wszystkie tłumaczone
przez Romana Rupowskiego.)
Czym można usprawiedliwić eksperymenty na zwierzętach? Chciwością?
Po trupach (zwierząt) do celu, znaczy do pieniędzy.
Czy ci ludzie wierzą w Boga, który przecież jest dobrocią
i na pewno nie akceptuje sadyzmu wobec żadnych czujących istot?
Pozdrowienia dla wszystkich czytelników ZB.
Renata Fiałkowska
wrzesień 2003
Z punktu widzenia bandyty...
, wrzesień 2003 [Refleksje]_pliki/k.gif) |
Bodajże w zeszłym roku telewizja pokazała reportaż o mordercy,
który zabił całkiem przypadkową kobietę - matkę spacerującą z małym dzieckiem.
Zabójca tak nienawidził świata, wszystkiego i wszystkich, że przygotował sobie
kryjówkę w lesie, nie zapomniawszy o ulubionej kolekcji wędek. I tu nasuwa się
refleksja. Młody mężczyzna stracił wszystko co ludzkie, ale jednak las pozostał
jego ostatnią miłością, wiarą i nadzieją - tak samo, jak dla wszystkich zbójów,
bandytów i desperatów od tysięcy lat. Być może, czytał kiedyś książki Maya,
Curwooda, Londona, Coopera - o życiu swobodnym i wolnym od wszystkich obsesji,
stresów i konfliktów, jakie przynosi tak zwana cywilizacja. Być może pozostała
w nim tęsknota za czymś naturalnym choć inne uczucia ludzkie uległy u niego p
rzenicowaniu. (Z jakich przyczyn? To już inny zestaw pytań, do którego powrócę
w wystarczająco poważnym towarzystwie, jeśli się takowe w ogóle znajdzie
w dzisiejszych "wesołych" czasach).
|
Co robi dzisiejszy "desperado"
- wychowany na krwawych kryminałach, apokaliptycznych filmach wojennych czy
komputerowych "strzelankach" - bryzgających ludzkimi flakami pośród huku
"shot gunów" i "bazook"? Prędzej czy później dochodzi do wniosku, że nie
musi być ani Bin Ladenem, ani szefem wielkich sił zbrojnych, dysponującym
czołgami i bombowcami! Może własnymi siłami i prostymi środkami urządzić
prawdziwą Apokalipsę - bo do tego wystarczy motocykl albo samochód plus
pudełko zapałek! Wystarczy podpalić las gdzieś w Kalifornii, południowej
Europie, Polsce czy Australii - potem szybko wrócić do domu, włączyć
telewizor i z satysfakcją patrzyć na efekty! "He, he, he! Ten Bobby
zaraził wirusem 500 tys. komputerów, a ja spaliłem 5 tys. ha lasu
i tuzin miasteczek! Kto lepszy?!" - tak sobie myśli nie jeden spośród
"Supermanów-amatorów".
Tak oto zmieniają się czasy. Parę dziesiątków lat temu miałem kilku kumpli
pośród lokalnych "fetniaków" - czyli facetów uwielbiających ostre rozróby i
nie stroniących od rozboju. Kiedyś jeden z nich właśnie wyszedł z więzienia,
więc towarzystwo poszło sobie do lasu z "baterią" wódek i skrzynką piwa,
aby to uczcić. Pili, tłusto podśpiewywali, palili, rzucali w lewo i prawo
petami - a po chwili zauważyli, że las płonie! Wtedy momentalnie wytrzeźwieli
i rzucili się na ratunek… Gdy nadbiegli miejscowi chłopi i pojawiła się straż,
było już po wszystkim - udało im się zadeptać ogień i zasypać piaskiem…
Pechowcy byli poparzeni, pewexowskie Wranglery i oryginalne Adidasy szlag
trafił - przysłowiowo "pluli sobie w brodę" z racji swojej lekkomyślności,
ale nie żałowali swojego poświęcenia: BO JESZCZE BYLI LUDźMI… Jeszcze
jeden "drobiazg" odróżniał ich od dzisiejszych psycholi: dość ochoczo
chadzali z dziewczynami do łóżka czy w krzaki, ale całowali je w rękę,
po tańcu kłaniali się szarmancko i nigdy nie splamili swojego honoru
gwałtem, czy jakimś chamskim zachowaniem, choć w różnych okolicznościach
zdarzało się, że komuś tam porządnie "przyfanzolili"…
Gdzie jest prawdziwa granica człowieczeństwa? Kto i w jaki sposób stara się o to,
aby ludzie przestali być ludźmi? Od czego zacząć obronę prawdziwych wartości
ludzkich? Być może - pogadamy o tym - gdy znajdą się zdolni i chętni podjąć
ten CHOLERNIE NIEWYGODNY TEMAT…
Feliks Chodkiewicz
|