Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

IDEOLOGIA NADMIARU

Demograf operujący wielkimi liczbami stwierdzi, że problem przeludnienia nie jest palący, wszak w r. 2015 przewiduje stan liczebny ok. 8,5 mld. osób, a nie jak przewidywano dwadzieścia lat temu ok. 15 mld. No tak. Kilka miliardów mniej. Ale dlaczego demograf nie pomyśli, że te przewidywane 8,5 mld. to kilka miliardów za wiele, by utrzymać równowagę między gatunkami? Tego nie pomyśli, bo kategorie myślenia dyscypliny naukowej demografii są zbyt ubogie.

Podobnie kategorie myślenia ekonomisty są zbyt ubogie, by mógł dostrzec i przemyśleć zależność niszczenia środowiska od wzrostu gospodarczego.

Byłoby najlepiej poddać demografów, ekonomistów, polityków i hierarchów religijnych treningowi, który można by nazwać treningiem nadmiaru. Demografów zamknąć na pół roku w mieszkaniu 100 m2 wraz z setką osobników; dom ekonomisty przysypać produktami przemysłowymi z firmy, która ostatnio wykazała się szybkim wzrostem produkcji; politykowi kazać podejmować tysiąc decyzji na dobę, a hierarchowi religijnemu wynieść na ołtarze tysiąc świętych w ciągu jednej doby (mogą być i bankierzy, i misjonarze niszczący wielotysiącletnią tożsamość ludów pozaeuropejskich, i założyciele inkwizycyjnych zakonów itd., mogą wreszcie sami siebie wynieść na ołtarze, ich sprawa, byle innym tej swojej sprawy nie narzucali). O czym by wtedy pomyśleli? Niech pomyślą.

Zastosujmy może inne rozumowanie. Jeśli nadmiar liczby osobników jednego gatunku i jego roszczenia pokarmowe, produkcyjne, reprodukcyjne, odpadowe nie są pierwszym powodem niszczenia środowiska, to co?

Demograf odpowie zapewne: równomierne rozmieszczenie ludzi na całej planecie.*) Ekonomista odpowie: zbyt małe tempo wzrostu gospodarczego; niestety nie wszystkie kraje dorównują USA, Unii Europejskiej i Japonii; wypowiedź swoją zakończy może mniej więcej tak: „abarambapumarara”. Hierarcha religijny odpowie: powodem jest to, że ludzie nie dość modlą się (oczywiście modłami z kanonu jego religii), nie dość są ulegli jemu (hierarchowi).

Ich myślenie obciążone jest tzw. logiką absurdu. Przyznają: nadmiar jest owszem szkodliwy, ale tak, że nie jest szkodliwy; przeludnienie zagraża środowisku, ale tak, że nie zagraża itp. Skoro tak – zapewne myślą sobie – to zajmijmy się codziennymi sprawami zapewnienia nadmiaru... naszym obywatelom i wyznawcom. Ta logika jest ukryta za hasłami, przyrzeczeniami, a nawet dobrymi intencjami.

A więc: wzrost liczby ludzi, wzrost gospodarczy (produktu krajowego brutto, liczby dóbr, miejsc pracy itd.), wzrost konsumpcji, wzrost odpadów, wzrost roszczeń ludzi. Na Zachodzie rocznie produkuje się około 25 ton odpadków w przeliczeniu na jedną osobę. Są to nie tylko śmieci z gospodarstwa domowego, lecz w większości odpady przemysłowe. Poza tym trzeba doliczyć produkcję ludzkich ekskrementów (łatwo sobie ją obliczyć).

Koncentracja na nadmiarze jest głównie koncentracją na ilości. To powoduje, że jest mało miejsca na jakość. W przyrodzie pozaludzkiej, jeśli chcemy jej pomóc, trzeba dbać o ilość, o ilość drzew, innych gatunków, nie kurczenie się obszaru puszcz itd.; o jakość zadba przyroda sama. Natomiast w świecie ludzkim trzeba dbać najpierw o jakość.

Nadmiar jest oczywiście dialektycznie związany z niedomiarem: nadmiar ludzi i produktów idzie w parze z niedomiarem myślenia na temat nadmiaru.

Ludzie stali się władcami planety, pasożytami istot żywych (czysto biologicznie jest wykazane, że ludzie są najbezwględniejszymi pasożytami biosfery ziemskiej). Stało się tak głównie dzięki takim cechom jak wielkie okrucieństwo, płodność i intelektualnie opracowana technologia. Udział świadomości harmonizującej zachowania, kontrolującej był i jest znikomy.

Przykładów na nadmiar wokół nas jest bez liku. Choćby nadmierna produkcja czegokolwiek. Weźmy mleko. By podnieść wydajność pozyskiwania mleka i mięsa, stosowano i stosuje się jeszcze rutynowe dodawanie do paszy dla zwierząt antybiotyków – zwierzęta wyglądają lepiej, dają więcej mięsa i więcej mleka. Poprawiono warunki hodowli pod względem wydajności. Ale przy tym przyspieszono powstanie antybiotykoodpornych szczepów bakterii, które teraz zagrażają ludzkiemu zdrowiu i życiu. Bakterie stają się coraz bardziej lekoodporne (zgodnie z prawidłowościami ewolucji, która toczy się wokół nas i w naszych organizmach). Antybiotyki trafiają do naszych organizmów przez to, że są dodawane wprost do organizmów zwierząt, które jadamy oraz przez rośliny i glebę (ich obecność w nawozach).

Ilość antybiotyków stosowanych w hodowli kurczaków i trzody chlewnej stanowi połowę w ogóle ilości antybiotyków używanych w USA i Europie. Celem stosowania antybiotyków u zwierząt jest oczywiście zwiększenie efektywności hodowli i większy zysk.

Środowisko odpłaca się tym, jak samo jest przez nas traktowane. Zauważmy przy okazji, że jeśli człowiek pochodzi od zwierząt – a tak właśnie jest – to nie zachowamy człowieczeństwa bez zwierząt.

Przyroda podpowiada co dzieje się, gdy niektóre tkanki rosną nadmiernie – nowotworowa śmierć organizmu.

Grecy ukuli mądrą myśl: meden agan – niczego w nadmiarze, w domyśle: niczego w niedomiarze. Nasza kultura niewiele przejmuje się tym hasłem. Przeciwnie, w swej większości chce nadmiaru, chce wzrostu.
***

Z problemami ideologii nadmiaru, przeludnienia i relacją ilość-jakość życia związane jest kształtowanie potrzeb. Pytanie brzmi: czy zmienić strukturę potrzeb (np. stać się wegetarianinem, nie używać papieru, nie jeździć samochodem, lecz rowerem itd.), czy też zachować strukturę potrzeb, ale zmniejszyć przyrost naturalny. Czy też wreszcie częściowo zmienić strukturę i zmniejszyć przyrost. To trzecie wydaje się najwłaściwsze, ale i najtrudniejsze do wykonania. Przedyskutujmy pierwszą alternatywę.

Rzeczywiście, jeśli ludzi byłoby mniej, to mogliby sobie pozwolić na zaspokajanie potrzeb jak to czynią dotychczas.

Zmianę struktury zaspokajania potrzeb proponuje ruch zielonych i to większość jego uczestników. Jednak sama zmiana taka, nawet idąca aż ku ascetyczności, na pewno nie wystarczy.

Zmiana zaspokajania potrzeb bez ograniczenia przyrostu liczby ludzi mogłaby tylko spowolnić proces niszczenia życia na planecie, ale nie zatrzymać. Postulat ascetyczności jest od razu do odrzucenia, bo człowiek nie istnieje po to, by wyrzekać się tego, do czego kosztowania i przyjemności ma zmysły i ośrodki mózgowe (wykształcane od milionów lat). Trwały ascetyzm to chory ideał religijny.

Zatrzymajmy się przy przykładzie zmiany zaspokajania potrzeb. Można przesiąść się z samochodu na rower. Czy to coś zmieniłoby? W jakimś stopniu – tak; dlatego akcje na rzecz takiej zmiany są cenne. Ale w globalnym rzucie bez jednoczesnego zadbania o ograniczenie przyrostu liczby ludzi (z ich potrzebami: pokarmowymi, prokreacyjnymi, domostwa, ubioru itd.) nie ma znaczenia. Drobna ilustracja empiryczna: miliony Chińczyków jeździ na rowerach, i co? Niszczą środowisko nie mniej niż mieszkańcy Europy. Mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej nie mieli autostrad i samochodów, a przyrost liczby ludzi doprowadził ich do zapaści (głównie przez wycięcie lasów pod pola uprawne, pastwiska i budowle). Nie znaczy to, że nie trzeba ograniczać liczby autostrad i ruchu samochodowego w Europie. Rzeczywiście motoryzacja w skali lokalnej i światowej stała się jedną z głównych zmór życia ludzi, zwierząt i roślin – zanieczyszczenia, hałas, niszczenie środowiska przez pozyskiwanie środków napędowych, no i przez budowanie autostrad, wytyczanie kanałów powietrznych dla samolotów itd.

Można zmieniać zaspokajanie innej potrzeby: nie mieć butów, ubrań i w ogóle niczego ze skóry zwierząt; ilustracja empiryczna: większość Afrykanów (może nawet 4/5) nie nosi w ogóle butów i ubiorów ze skóry, a niszczą środowisko nie mniej niż w Europie. Nie znaczy to, że akcja przeciw odzieraniu zwierząt ze skóry dla celów komercyjnych nie jest ważna, choćby ze względów etycznych. Ale sama w sobie nie pomaga w zastopowaniu niszczenia środowiska.

Są więc trzy strategie:
a) zmiana zaspokajania potrzeb przy abstrahowaniu od problemu przeludnienia;
b) ograniczenie przyrostu liczby ludzi bez zmiany zaspokajania potrzeb
c) strategia mieszana (o niej piszą niektórzy proekolodzy).

Najlepsza jest oczywiście trzecia, najmniej wnosi pierwsza. Strategia mieszana nie może oznaczać dowolności, co komu się podoba, braku oprofilowania, bo wtedy nie będzie to strategia, lecz eklektyczny bigos i ideologiczne wodogłowie. Szczerze mówiąc sądzę, że jeśli ktoś nie rozumie, że strategia mieszana jest charakterystyczna dla ruchu zielonych, to chyba nic nie rozumienie z tego ruchu.

Pociągająca jest strategia (b). Wielu ludzi mogłoby na nią przystać. Zapewnia ona realizację przyjemności i jakości życia. Jednak, by funkcjonowała, muszą być konsekwentnie realizowane obowiązujące wszystkich reguły ograniczenia przyrostu.

Jeśli ktoś jest zwolennikiem strategii (a), np. z tego powodu, że zindoktrynowała go od dzieciństwa religia, która wimplantowała mu w umysł i w podświadomość dogmaty, których nie może odrzucić, i nie jest już w stanie samodzielnie myśleć, to może tak czynić. Dzięki starożytnym Grekom mamy dziś demokrację, w której można przyjmować różne stanowiska. Ale zwolennicy stanowiska (a) nie mają prawa ani torpedować strategii (b) i (c), o ile chcą uważać się za współodpowiedzialnych działaczy ruchu obrony przyrody. Dobrze byłoby, gdyby, jeśli chcą, działali wg strategii (a), ale pozwolili innym działać wg (b) i (c).

Lech Ostasz
*) Głównym problemem pozostaje nierównomierne rozmieszczenie ludności na świecie i panujące wśród niej nierówności – pisze jeden z demografów – J.Clarke, Ludność świata, Warszawa 1997, s.61. Czyli chciałby np. 30 mln. mieszkańców miasta Meksyk rozeszło się po resztkach lasów państwa Meksyk.
Lech Ostasz