Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

O SUBKULTURZE PROEKOLOGICZNEJ

Subkultura proekologiczna nie koncentruje się na samej przyrodzie. Traktuje ją także jako szansę dla uzdrowienia relacji międzyludzkich. Pojawia się założenie: jeśli będziemy odpowiednio zachowywać się wobec natury, to i odpowiednio wobec siebie. Jeśli nie będziemy niszczyć natury, to i nie będziemy tego robić z sobą. Te założenia są w dużym stopniu poprawne. Aczkolwiek nie w całości. Społeczność ludzka potrzebuje dodatkowych zasad, reguł wykraczających poza zależności naturalne. Potrzebuje etyki, aranżacji życia rodzinnego, małżeńskiego i pozamałżeńskiego itd. Na razie za mało się o tym mówi. Jednak kierunek jest poprawny – w największym stopniu zależymy od poprawnych relacji z przyrodą. Wychowanie ekologiczne rzutuje silnie na wychowanie społeczne i jednostkowe ludzi.

Wielu ma nadzieję, że żyjąc w bliskości przyrody, uwolni się od neurotyczności własnej osobowości. I słusznie, jest to rzeczywiście najlepsza droga „od-neurotyczniania” się.

1. STRUKTURA RUCHU PROEKOLOGICZNEGO


Minimum działania ruchu proekologicznego dziś, to walka o tworzenie ciągle nowych rezerwatów i Parków Narodowych oraz poszerzanie zakresu starych. Wyrywanie skrawka po skrawku ziemi z rąk posiadaczy, którzy nie respektują jej praw.
Sytuacja nie jest łatwa. Ludzie aktywnie protestujący przeciwko niszczeniu środowiska na dużą skalę, a szczególnie przeciwko przemysłowi – są „rozpracowywani” przez jednostki specjalne policji zajmujące się terrorystami. Zdarza się nawet, że są nasyłani na nich płatni mordercy.1) W aspekcie światopoglądowym są wciągani w rejestry „sekt”, które to rejestry są prowadzone przez organizacje kościelne i prokościelne, które atakują tyleż bezwzględnie, co patologicznie zamieszczone na nich instytucje. To, że niektórzy ortodoksi religijni i służący im politycy traktowali wiele organizacji i kół proekologicznych jako „sekty” jest trochę śmieszne, a trochę prawdziwe. Jeśli sektę pojmie się poprawnie jako odłam czegoś macierzystego, ale co w więcej niż połowie cech dalej pokrywa się z tym, co macierzyste, to trafnie zostaje użyta nazwa „sekta”. W tym sensie wiele kół i zrzeszeń można uznać za sekty – i to w najlepszym tego słowa sensie.2) Jednak ortodoksi chcieli użyć słowa w negatywnym sensie. A przecież są sekty korzystne, niekorzystne i obojętne, jak wszystko, co związane z aktywnością człowieka. „Sekty” proekologiczne uważam za na tyle pozytywne, że nie widzę nic co mogłoby się z nimi równać w pozytywności.

Ruchowi proekologicznemu towarzyszy kategoria ludzi, których można nazwać „rozmiękczaczami od środka”. Usiłują oni stępić ostrze radykalności, krytyczności i względnej spójności. Działają tak, że wprowadzają do ruchu te tradycyjne wartości, których realizowanie prowadziło i prowadzi do niszczenia życia na planecie, a co najmniej jego lekceważenia; namawiają do tzw. zgniłych kompromisów, czyli takich, przez które ruch zatraca zdrowy, ożywczy impet. A impet jest bardzo potrzebny.3)

Jeśli np. wykazuje się, że gospodarka wolnorynkowa traktuje las jako materiał do przetwarzania dla zysku posiadacza tartaku, fabryki papieru lub mebli i handlarzy przetworami drewna, to rozmiękczacz napisze artykuł, że wolny rynek jest zbawczy dla życia ludzi lub co najmniej najlepszy z tego, co mamy do dyspozycji. Jeśli wykaże się, że ideologia chrześcijańska uczy od dziecka traktowania przyrody jako obiektu „stworzonego” przez superinżyniera i manipulatora, stworzonego dla ludzi, którzy mają prawo nim manipulować, to rozmiekczacz będzie wyszukiwał cytaty z pism tej religii mające nieść przesłanie, że religia ta bywa pozytywnie nastawiona do przyrody i życia. Jeśli wykazano, że przeludnienie wpływa na degradację środowiska naturalnego, to oświadczy, że problem leży gdzie indziej i że ten, kto na to wskazuje jest „totalitarystą”, „ekofaszystą” itp.

Nazywam ich rozmiękczaczami, gdyż nie są oni – werbalnie – przeciwko ochronie przyrody, oświadczają nawet, że są za jej ochroną, ale przyjmują założenia przy pomocy których od dawna niszczy się przyrodę; można ich nazwać kryptoantropocentrystami, antynaturalistami lub kryptoantynaturalistami. Przez zawodowych rozmiękczaczy rozumiem tych, którzy prawdopodobnie są oddelegowani przez polityczne i religijne organizacje dotychczasowego establishmentu do tego rodzaju pracy. (Jeśli odpowiedzą znanym sloganem, iż przedstawiam tutaj spiskową teorię dziejów, to pozostaje mi tylko odesłać czytelnika do studiów dotyczących historii ruchów politycznych, religijnych i gospodarczych, by zobaczył, że metody zawodowego rozkładania od wewnątrz są czymś nagminnym w sprawach o mniejszej wadze niż ruch proekologiczny, który istotnie zagraża establishmentowi.)

Nie mówią o zlikwidowaniu przemysłu samochodowego (wolny rynek), ale tylko o zlikwidowaniu autostrad; nie mówią o zmniejszeniu przyrostu naturalnego, ale o tym, by wszyscy jeździli rowerami, by nikt nie dokonywał aborcji itd.

By odpowiedzieć na możliwy zarzut, że autor chciałby pewnie, by ruch proekologiczny wyglądał tak, jak on sam sobie go wyobraża, dodam, że w jakiejś części tak, ale w większej nie. Sądzę, że można przyjąć profil ruchu proekologicznego wg opracowania jego niektórych klasyków, szczególnie A.Neassa.

Analiza ruchów społecznych ukazuje, że pierwszą ich fazą jest walka, czas bojowników. Nierzadko faza ta jest pierwszą i ostatnią, ruch zamiera. Gdy ruch się rozszerza, wtedy przechodzi w fazę negocjacji, kompromisów i budowania. Nie jest dobrze, gdy bojownicy nie chcą ustąpić choć trochę negocjatorom i budowniczym. Ale też nie jest dobrze, gdy negocjatorzy i budowniczy wkraczają, gdy bojownicy nie zdążyli nic nowego wywalczyć. Wtedy mamy tzw. zgniły kompromis. Otóż ruch proekologiczny nie zdążył w ogóle jeszcze rozwinąć pierwszej fazy. A poza tym zbuntowani proekolodzy, „bojownicy” będą zawsze potrzebni, by negocjatorzy nie zanegocjowali, a budowniczy nie zabudowali przyrody.

Ruch proekologiczny zawiera elementy neopogańskie; są one ciągle zbyt słabe, a przecież tak potrzebne jako przeciwwaga tradycyjnego antynaturalizmu, szczególnie w aspekcie rytualności i mitu.

Ruch proekologiczny powoli rozszerza swój zasięg społeczny, pociąga. Oznacza on wychodzenie ze sztywnych i spatologizowanych form społecznych, a także rodzinnych, erotycznych; ogólnie: nadzieję na lepsze kształtowanie życia ludzi. Zawiera oczywiście, jak każdy, elementy utopijne i ideologiczne. Jednak bez nich nie byłby w ogóle ruchem społecznym, lecz np. tylko teorią naukową. Zresztą są tacy, którzy chcą odrzeć ruch proekologiczny z jego werwy, przyciąć przy pomocy nożyc tradycjonalistycznego moralizowania, chcieliby by zamienił się w martwą dyscyplinę naukową lub pozostawał pod kontrolą struktur państwa czy religii.

Subtelnie myślący w ramach ruchu proekologicznego odróżniają ludzi i działania proekologiczne, czyli świadomie i metodycznie dbających o przyrodę od bezpośrednio, otwarcie proekologicznych, czyli nie będących w ruchu proekologicznym, nie zdających sobie sprawy z zależności, nie czytających opracowań na temat ekologii, ale wrażliwych na przyrodę, przynajmniej pośrednio wspierających jej ochronę. Warto by zmotywować tych drugich, by stali się pierwszymi.

Ruch proekologiczny nie może być kostyczny, czy ascetyczny. Na pewno wtedy byłby bardzo daleki od inspirowania się naturą. Istnieje potrzeba rytuałów, świętowania, ludyczności (zabawy), subtelnej przyjemności (hedonizm), także i wolnego od purytanizmu życia erotycznego. Jeśli z takimi znamionami nie powiąże się konkretnego i rzetelnego rozumienia zależności w przyrodzie i między przyrodą a człowiekiem, to ruch nie odniesie sukcesu.

Do samodefiniowania się Homo proecologicusa należy naturocentryzm. Ale warto odróżniać naturocentryzm radykalny i umiarkowany. Umiarkowany to inaczej metodyczny: odsuwa się człowieka na bok, by usunąć go z piedestału, na którym się sam usadowił, ale czyni się to czasowo – do czasu restytuowania równowagi między człowiekiem a przyrodą. Gdy nastaje równowaga, można przyjąć, że człowiek ma coś wyjątkowego w sobie. Skrajny naturocentryzm przyjmuje równość człowieka z innymi istotami żywymi, nie dopuszcza jego wyjątkowości. Oczywiście skrajny naturocentryzm idzie w parze ze skrajnym odrzucaniem antropocentryzmu, zaś umiarkowany naturocentryzm może zbliżać się do umiarkowanego antropocentryzmu. Skrajny jest przydatny do restytuowania równowagi, gdy zaś równowaga nastaje, sensowniejszy jest umiarkowany. Tak mogą się wymieniać w toku dziejów człowieka.

Współcześnie mamy trzy potężne ruchy społeczne: proekologiczny, równości kobiet i mężczyzn (feministyczny) i obrony praw człowieka. Bez nich nie ma godnego życia, a może, jak w przypadku pierwszego, nie ma w ogóle życia na Ziemi (przynajmniej człowieka i złożonych organizmów). Ruchy te nie tylko budują coś pozytywnego, ale i muszą przeciwstawiać się temu, co stare, nowe czy nowostare a niekorzystne (choć bywają rzeczy stare a korzystne). Najlepiej byłoby, gdyby te trzy ruchy społeczne współpracowały ze sobą ściśle.

W ruchu proekologicznym nie może być sprzeczności. Przywołajmy przykład gospodarki. Gospodarka wolnorynkowa polega na bezwzględnej eksploatacji i zużywaniu zasobów kopalnych (nieodnawialnych), produkowaniu olbrzymiej ilości odpadów, polega na konieczności ciągłego eksploatowania, powiększania produkcji, przetwarzania i konsumpcji. Jeśli tak, to zgoda na gospodarkę wolnorynkową bez jej modyfikacji proekologicznej stoi w sprzeczności z ochroną przyrody. Wiemy też, że w sprzeczności stoją zgoda na nieskrępowany przyrost naturalny ludzkości, czy monoteizm (przyroda nie zna żadnego „mono-”, przyroda jest wieloraka, wielomożliwościowa).

Byłoby dobrze, gdyby subkultura proekologiczna stała się w większej części kulturą oficjalną, nasycając swoimi wartościami i postawami całą kulturę. Taka jest kolej rzeczy. Ale póki co niech przynajmniej stanie się mocną subkulturą.

Im więcej, dosłownie więcej, ludzi mówi o czymś jako o akceptowanym i ważnym, tym lepiej z tym czują się oni i pozostali, tym szybciej traktują to jako mające znaczenie. Jest to prosta prawidłowość kulturowa (dokładniej: kulturowo-społeczno-psychologiczna).

Ruch proekologiczny to nie tylko ekologia naukowa, lecz ruch społeczny i kulturowy. Jeśli tak, to jakie formy działania mamy do dyspozycji? Wiadomo, od czasów zbieraczy-łowców, że najlepszą formą aktywności społeczno-politycznej jest demokracja bezpośrednia (kontakty face-to-face, wszyscy mają równoważny głos podczas spotkań, w których wszyscy uczestniczą; grupy takie nie mogą przekraczać 30-50 osób). Ale widzimy jego ograniczenia w społeczeństwie liczącym miliony (a nawet miliardy, jak w Chinach, czy od roku 2000 w Indiach). Trzeba więc odwołać się do demokracji pośredniej. Wtedy potrzebna jest jakaś organizacja. W polityce nazywana jest partią. Partia musi być względnie jednolita, w przeciwnym razie nie spełnia funkcji politycznej. A więc ruchowi proekologicznemu potrzebna jest względnie jednolita partia. Potrzebna, ale nie najważniejsza. Poza demokracją bezpośrednią (a jeszcze przed nią: poza konkretną jednostką ludzką) najważniejsze wydaje mi się coś, co nazwałbym Komitetem Zaufania Proekologicznego. Spróbuję go opisać.

2. KOMITET ZAUFANIA PROEKOLOGICZNEGO

Kto miałby być jego członkiem? Po pierwsze ktoś, kto brał czynny udział w, przyjmijmy, co najmniej dziesięciu akcjach na rzecz ochrony przyrody. To kryterium działania jest najważniejsze. Jeśli ktoś nie ma ochoty „pracować w terenie”, tj. na styku przyrody z problemami ją nękającymi, to nie można mieć do niego zaufania jako do jej obrońcy. Mówić, pisać o ochronie przyrody trzeba, jednak wartość człowieka przejawia się całościowo, w myśleniu, mówieniu i działaniu. A trzeba nam w takim gremium ludzi wartościowych. Drugim kryterium powinno być to, że opublikowali coś w czasopismach proekologicznych (nie idzie o rozbudowane elaboraty, mogą być relacje, doniesienia itd.), idzie o to, by i zapisane słowo świadczyło o nich, by ktoś mógł do ich słów odwołać się. Jako trzecie kryterium proponowałbym oświadczenie kandydata do Komitetu, że nie będzie narzucał innym którejś z dotychczasowych ideologii poza demokratyczną w polityce i proekologiczną. Czyli Komitet opierałby się na zaufaniu ludzi zainteresowanych ekologią, na świadectwach działań i słów (czyli nie opierałby się na prostej wierze; zaufanie to nie ślepa wiara). Myślę, że ludzie nastawieni proekologicznie mogą stawiać na zaufanie. Liczy się nie tylko przemyślenie, ale i uczucie – ja czuję, że mogę zaufać tej a tej konkretniej osobie i obdarzam ją tym zaufaniem; nie interesuje mnie co sądzą o niej inni, co inni mówią o niej; raczej trzeba unikać myślenia, co inni myślą o kimś (gdyż wtedy zwykle napotykamy na stereotypy, uprzedzenia). Nie powinno być regionalizacji w pochodzeniu członka gremium (jeśli nawet wszyscy członkowie pochodziliby z tego samego regionu, czy miasta, to byłoby to akceptowalne). Liczba członków powinna być nieparzysta (niezbyt wielka, a więc np. 5, 7, maksymalnie 15, bo do piętnastu osób liczy tzw. mała grupa społeczna). Nie ma prawa veta, decyzje podejmowane są zwykłą większością głosów, przy decyzjach określanych jako drażliwe, kwalifikowaną większością głosów np. trzy czwarte. Można ustalić ranking zaufania (wobec członków Komitetu), który co jakiś czas byłby publikowany w czasopiśmie. Rotacja w Komitecie mogłaby obowiązywać po dwóch latach bycia członkiem, z możliwością powtórnego wybierania. Wyborców można by różnicować wg kryteriów: kto brał udział w kilku akcjach proekologicznych ma pełny głos, kto jest w ruchu proekologicznym, płaci składki itd., ma pół głosu, inni, sympatycy, po ćwierć głosu. Głosowanie wśród ludzi zainteresowanych proekologią odbywałoby się wprost, a także za pośrednictwem czasopisma, poczty, internetu.

Sądzę, że Komitet Zaufania Proekologicznego dawałby szansę uniknięcia tego, co obserwuje się w dotychczasowym ruchu „ekologicznym”: rozgadanych „działaczy” siedzących na ciepłych posadkach, szefów „eko-funduszy”, „eko-fundacji”, snujących abstrakcyjne dywagacje intelektualistów, opiewających różne ideały wymądrzaczy, w tym oficjalnie proekologicznych i jednocześnie kryptoantyekologicznych. (Nie krytykuję tutaj rzetelnych interpretacji i badania nowych możliwości.) Zajmowałby się on koordynowaniem akcji na rzecz przyrody, mediowaniem, wysuwaniem pomysłów i ich zbieraniem od wszystkich innych; gromadzeniem funduszy i ich dystrybucją, stroną perswazyjną i popularyzatorską (opiniotwórczą). Na pewno też członkowie musieli by mieć drobne, ale stałe uposażenie finansowe, „etatowe” (jeśli mieliby przez dwa lata poświęcić się działalności, to musieliby mieć „pieniądze na życie”). Członkowie Komitetu mogą każdego z ruchu proekologicznego prosić o radę, wsparcie, pomoc. Można pomyśleć o dodatkowym gremium – Radzie Wspierającej, w skład której wchodziliby ludzie zajmujący się nauką, mający znaczenie społeczne, czy polityczne, jak posłowie (ale owa Rada Wspierająca nie miałaby funkcji decyzyjnych).

Komitet Zaufania Proekologicznego byłby ponadpartyjny. To znaczy, że nie mógłby np. zostać zluzowany przez powstałą z niego partię proekologiczną. Partia Zielonych jest bardzo potrzebna, ale nie można czekać aż ona się wykształci, a gdy zaistnieje to i tak powinna być wtórna wobec Komitetu.

Oczywiście Komitet miałby swoje czasopismo, jak i powinien mieć swoją rubrykę w pozostałych czasopismach proekologicznych.

Ktoś, kto byłby członkiem Komitetu i straciłby zaufanie środowiska proekologicznego, ten przestawałby być członkiem – jego miejsce zająłby ktoś, komu ufa się. A więc wykluczanie z Komitetu dokonywałoby się drogą tracenia zaufania (co wyrażałoby się w rankingu i co dwurocznym głosowaniu). Inni nastawieni proekologicznie oczywiście spontanicznie obserwowaliby poczynania członów Komitetu. Uważam, że członkowie Komitetu nie muszą pisać sprawozdań itd. Szkoda czasu i energii. Tylko przy najważniejszych decyzjach potrzebne byłyby krótkie protokoły, a przy wydatkach finansowych oczywiście ewidencjonowanie.

Lech Ostasz

1. Patrz na ten temat np. J.Korbel, Czy można mówić o zielonym terroryzmie i radykalizacji ruchu w obronie przyrody?, ZB, nr 13 (1998), s.12-16.
2. Definicję i na temat sekt patrz L.Ostasz, „Elementy kulturoznawstwa”, Olsztyn 2000, rozdz.IV.
3. Np., szacuję, że w czołowym niezależnym czasopiśmie proekologicznym ZB około 1 piszących to zawodowi i amatorscy rozmiękczacze.
Lech Ostasz