Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

SCIENCE FICTION A KRYZYS WSPÓŁCZESNEGO ŚWIATA

SCIENCE FICTION A KRYZYS WSPÓŁCZESNEGO ŚWIATA1)

Northrop Frye, wybitny kanadyjski krytyk literacki, w swojej pracy Wielki szyfr: Biblia a literatura stwierdza, że każde skończone w czasie wydarzenie może posłużyć do wytłumaczenia całego świata. Podobne twierdzenie wysunął Hegel: gdy chce się „wyjaśnić” jakąkolwiek cząstkę konkretnej rzeczywistości, trzeba z konieczności zająć się całym kosmosem. (Odkrywając i wyjaśniając stosunki między szczegółami, posuwamy się w stronę Całości.) Festiwal Autorów Fantastyki Naukowej w Toronto Harbourfront (23-26.10.85) stanie się zarodkiem, konkretnym punktem rzeczywistości, od którego zacznie się poniższy tekst2).

Festiwal ten jest klasycznym przykładem – zresztą jednym z wielu – okrzyczanego „pluralizmu” „Społeczeństwa Późnego Determinizmu Ekonomicznego”. Z jednej strony dało się na nim słyszeć bardzo słabe głosy obrońców liberalnego status quo, którzy w głębi ducha wiedzą, że się mylą i bez wahania ulegają „politycznie poprawnym” pokusom, gdzie tylko i kiedy tylko to możliwe. Z drugiej strony dało się zauważyć tłum pseudo-dysydentów, którzy narzekają na ucisk w społeczeństwie, które zgadza się na około 95% ich zasad, założeń i programów. Trzeba przyznać, że poziom ich warsztatu nie należy do najlepszych (lecz, jak sami powtarzają, nie o to chodzi), za to istotne staje się ich „zaangażowanie w walkę”. Są niezbędnymi częściami nieoficjalnych struktur władzy w Społeczeństwie Determinizmu Ekonomicznego – to dzięki nim nie ustaje w wysiłkach nienasycona lokomotywa, która wciąga w przepaść nasze mechanistyczne społeczeństwo.

Judith Merril, nestorka kanadyjskiej fantastyki naukowej, nie potrafi nikogo zainteresować swoją odgrzewaną, pseudo-marksistowską „scholastyką”, która sięga szczytów nieprawdopodobieństwa i bezpłodności. Również społeczny radykał (ultra-antytradycjonalista) Samuel Delany ma ludziom do zaproponowania tylko swoje nie kończące się „utopie” (przypominające często Nowy wspaniały świat Huxleya), które mało kto przyjmie jako pozytywne wzory na przyszłość.

Następnie mamy Margaret Atwood i jej radykalnie feministyczną diatrybę, Opowieść podręcznej, która sprowadza się do zjadliwego paszkwilu na religię i społeczeństwo przednowoczesne, z takim okrucieństwem i brakiem finezji sparodiowane w Gileadzie. (Tak się nieszczęśliwie złożyło, że z książki zrobiono równie okropny film pod tym samym tytułem.) Biorąc pod uwagę charakter społeczeństwa późnonowoczesnego, źle umiejscowione zainteresowanie Atwood groźbą powstania na prawicy jakiegoś prymitywnego neofaszyzmu zakrawa na niewiarygodne wypaczenie rzeczywistości, co więcej, na odwrócenie faktycznej sytuacji i realnych niebezpieczeństw.

Trzeba przyznać, że pisarze w rodzaju Margaret Atwood, gdy wspinają się na szczyty artyzmu, pokazują nam „koniec alienacji” i „przyzwoite społeczeństwo”.

Spójrzmy najpierw na reżim „realnego socjalizmu” od r. 1917 do l. 80. Związek Radziecki, wówczas najważniejsze państwo tego rodzaju, był obrzydliwą tyranią, mającą na sumieniu śmierć ponad 60 milionów ludzi („ludzi takich, jak my”), traktowanie osób, które przejawiały najmniejsze oznaki sprzeciwu, iście w stylu z 1984 Orwella, oraz teorię o podstawach ekonomicznych, która zawiodła nawet w dziedzinie gospodarki. W tamtych czasach wielu lewicowych liberałów, „przyjaciół postępu” pochwalało rozprzestrzenienie takiej tyranii na cały świat, mając przy tym nadzieję, że kolejną satrapią imperium stanie się ich wyśniona, „niezależna i marksistowska” utopia. (Takie sympatie pojawiały się przez wiele lat i były kierowane np. wobec Kuby, Wietnamu i Nikaragui.) Zważywszy, że tego typu lewicowi liberałowie gotowi byli poprzeć praktycznie każdą dyktaturę lewicową, ich sprzeciw wobec „ucisku” i „wyzysku” we własnym kraju, obietnice spełnienia „praw człowieka”, oddania „władzy w ręce ludu”, stworzenia „gospodarczej demokracji” i „zaspokojenia ludzkich potrzeb” wypada uznać za dwulicowe.

Imperium radzieckie istniało dzięki dwóm czynnikom:
1. kompletnemu niezrozumieniu na Zachodzie natury ustroju sowieckiego – jak gdyby nihilistyczny, terrorystyczny i deterministyczny pod względem gospodarczym system mógł zaspokoić prawdziwe ludzkie potrzeby;
2. dobrze zorganizowanej oligarchii państwa radzieckiego (której ci ludzie nigdy nie znieśliby u siebie, chyba że weszliby w jej skład), oligarchii zbudowanej na kłamstwie, terrorze, przemocy i oszustwach.

Nie wolno zapominać, że na początku l. 80. na Zachodzie toczyła się prawdziwa walka o dusze i umysły obywateli, która miała rozstrzygnąć, czy ze Związkiem Radzieckim trzeba wojować, czy się do niego przystosować. Ciekawe, co stałoby się po zwycięstwie Jimmy’ego Cartera w wyborach 1980 r.? Autor doskonale pamięta, jak lewicowi liberałowie niechętnie krytykowali wtedy Związek Radziecki. Często odnosiło się wrażenie, że – poza kręgami zdecydowanie konserwatywnymi i ludźmi pochodzącymi z Europy Wschodniej – wszyscy na wyścigi mieli ochotę bić pokłony Związkowi Radzieckiemu.

Trudno rozstrzygnąć, jakim sposobem to usypianie czujności przez lewicowych liberałów, a zwłaszcza intelektualistów tego skrzydła, stało się tak powszechne. Jakby czas i doświadczenie niczego ich nie uczyły. Brytyjski teoretyk polityki, John Gray, dostrzegał korzenie tak zupełnego znieczulenia na sowieckie zbrodnie we wspólnych związkach liberalizmu i socjalizmu z filozofią Oświecenia. I faktem jest, że bliższe przyjrzenie się tym dwóm kierunkom ujawni, że mają one ok. 90% identycznych zasad i wstępnych założeń: obydwa są „demokratyczne”, „postępowe”, świeckie, relatywistyczne, pozytywistyczne, ciążą ku redukcjonizmowi w nauce, wierzą w determinizm ekonomiczny, mają charakter głęboko ateistyczny lub agnostyczny itp. Można zaryzykować tezę, że Związek Radziecki i Stany Zjednoczone były do siebie podobne bardziej niż jakiekolwiek dwa społeczeństwa przed współczesnością. Każdego liberała nęciło coś, co zdawało się tylko dalej idącą i zaangażowaną odmianą liberalizmu. W tym miejscu należy z całą dobitnością podkreślić, że w Ameryce niewiele się pod tym względem zmieniło. Ideologią panującą jest tam liberalizm, a dokładniej rzecz ujmując, konglomerat liberalizmu lewicowego, który wyłonił się z ruchów rewolucyjnych l. 60.

Łatwo wykazać, że różnice pomiędzy celami ostatecznymi (telos) liberalizmu i marksizmu w ujęciu myśli tradycyjnej są nieznaczne. Można sformułować je jako różnice pomiędzy Nowym wspaniałym światem Aldousa Huxleya a koszmarem 1984 George’a Orwella. (To znaczy prawdziwym 1984 czystego zła, a nie spłaszczoną jego wersją, podawaną przez media.)

W ciągu ostatniego trzydziestolecia przedstawiono nam również „nowe koszmary”, którymi może zakończyć się bieg dziejów – światy przedstawione w Łowcy androidów Ridleya Scotta (na podstawie Czy androidy marzą o elektrycznych owcach Philippa K. Dicka), Stand on Zanzibar Johna Brunnera, Mechanicznej pomarańczy Anthony’ego Burgessa (przeniesionej na ekran przez Stanleya Kubricka), RoboCop Verhoevena, Brazil Terry’ego Gilliama, Johny’ego Mnemonika Roberta Longo (adaptacji opowiadania Williama Gibsona), Terminatora, Mad Maxa, Obcego (Alien), Sędziego Dredda oraz serialu telewizyjnego Max Headroom (którego akcja toczy się „za dwadzieścia minut”). Dwa filmy starszej daty to Run Logana, w którym opisano zmysłowe społeczeństwo a la słynna powieść utopijna Huxleya tyle że z jedną niespodzianką – wszystkich eksterminuje się w wieku trzydziestu lat; oraz Outland, przedstawiający ponurą odmianę przyszłości na kolonii górniczej w pobliżu Saturna. Filmy Wall Street i Siatka Paddy’ego Chayefsky’ego rysują krytyczny obraz społeczeństwa współczesnego. Z książek należy tu wspomnieć niezwykłe dzieło Jeana Raspaila, Obóz świętych, w której konsekwentnie przedstawiono problemy przeludnienia i masowych migracji z Trzeciego do Pierwszego Świata.

Filozof – tradycjonalista nie omieszkałby zauważyć, że „dobroduszny” nadzór tyrańskich mediów i korporacji nad dawnymi społeczeństwami tradycyjnymi Zachodu staje się z roku na rok baczniejszy. Ostatnie ślady społeczeństwa przedwspółczesnego, np. stanowiska istniejące przez cały tok historii i prehistorii, oddawane są w ręce mrocznych bożków radykalnej wolności i równości, które zaprowadziły człowieka na gilotyny. Nie znajdą się odważni, którzy publicznie zaatakowaliby nadęte święte krowy „konsensusu”. Wyjałowienie i wyniszczenie żywej historii i przeszłości, autentycznej filozofii i języka postępuje w błyskawicznym tempie – w Społeczeństwie Ekonomicznym osoba ludzka powinna zadowalać się życiem w coraz ciaśniejszym kręgu rozkoszy materialnych teraźniejszości. Obieralny rząd – „wybrany przez ludzi” – coraz częściej sprawia wrażenie najmniej istotnego elementu późnonowoczesnego społeczeństwa liberalnego. Wielkiego Brata zastępuje uśmiechnięta twarz spikera, który mówi nam „prawdę” (tworzy rzeczywistość) na ekranach co większych sieci telewizyjnych.

Człowiek zachodzi w głowę, czemu w Kanadzie taka typowa konwencja partii politycznej (np. zjazd zwycięskiej partii torysowskiej w prowincji Ontario w r. 1985) zmienia się w cyrk, bajzel na kółkach, w zaspakajanie najbardziej wulgarnych żądzy i zachcianek; czemu cała polityka sprowadza się do rozdawania kiełbasy wyborczej i mikroskopijnych intryg wokół zupełnie nieważnych kwestii; dlaczego w takich partiach na czoło wybijają się pochlebcy, manipulatorzy i kretyni. Możliwą odpowiedzią na takie pytanie jest to, że członkowie partii nie posiadają rzeczywistej władzy politycznej, że sprzedali szansę na jej sprawowanie; i że wstępują do takich „partii politycznych” mając na względzie wyłącznie materialne korzyści. Politycy czekają zapewne na skinienie prawdziwych władców tego świata, oligarchów środków masowego przekazu, którzy jednym słowem mogą skazać kogoś na zapomnienie albo wynieść na szczyty sławy.

W obliczu antyutopii, w której stronę zmierza lewicowy liberalizm, rodzi się pytanie, czy istnieje gdzieś jakaś nadzieja. Przetrwała chyba nie tylko w kościołach (lub ich elementach tradycjonalistycznych), które spotykają gwałtowne napaści. Egzystuje również w miejscach najmniej spodziewanych. Można by zaryzykować twierdzenie że gatunki fantastyki naukowej i fantasy stanowią, przynajmniej do pewnego stopnia, ewentualne gniazda oporu przeciw Społeczeństwu Determinizmu Ekonomicznego. Występują w tego rodzaju utworach napięcia, których nie sposób wytłumaczyć jedynie kwestiami formy literackiej czy konwencji gatunkowej. Zdarzają się naturalnie w tym gatunku literackim także traktaty propagandowe lewicy liberalnej czy ultralewicy, których zadaniem jest utwierdzenie status quo Społeczeństwa Ekonomicznego. Spotykamy się w nich z groteskowymi karykaturami społeczeństw tradycyjnych lub neotradycyjnych (przykład: Opowieść podręcznej Margaret Atwood) albo ze społeczeństwami jeszcze bardziej zdecydowanie antytradycyjnymi od naszego, ukazanymi w korzystnym świetle (albo przynajmniej nie najgorszym, jako wytwory prawdopodobne i zapewne realistyczne – np. Tryton Samuela Delany’ego). Jednak w większości utworów science fiction i fantasy występuje napięcie pomiędzy powierzchniowym modelem liberalnym lub socjalistycznym a poziomem głębszym, na którym odbywa się zaspokajanie tego, co tradycjonaliści uznają za autentycznie ludzkie pragnienie archetypowego sensu i harmonii (widoczne jest to nawet w fantasy o rzekomo „feministycznych tendencjach”, np. u Marion Zimmer Bradley, która wykracza poza dogmaty modnego feminizmu). Duża część utworów SF i fantasy całkowicie odrzuca przesłanki lewicowo – liberalne (wybitnymi przykładami są tutaj Władca pierścieni i Diuna). Mimo, że w serii Gwiezdnych wojen George’a Lucasa dałoby się dopatrzeć pewnych ideologicznych wachnięć, film można z dużą dozą pewności zinterpretować jako dodające otuchy, heroiczne dzieło, które odegrało niebagatelną rolę w budzeniu gotowości Amerykanów do walki z Sowietami w l. 80.

Ogólnie rzecz biorąc, napięcie w tych utworach zachodzi pomiędzy umacnianiem lewicowo – liberalnego stanu rzeczy a wołaniem o coś lepszego. Praktycznie to samo można odnieść do dużej części muzyki rockowej. Jest ona co prawda jednym z głównych sposobów „przystosowania" młodego człowieka do porządku liberalnego, zawiera jednak pewne mocno romantyczne i idealistyczne motywy, częstokroć bardzo zniekształcone.
Można również zwrócić uwagę na przeżywający dziś bujny rozkwit gatunek „samotnego, zranionego bohatera”, znajdujący przykład w muzycznej interpretacji Upiora z opery Andrew Lloyd Webbera, niedawnym serialu telewizyjnym Piękna i bestia, gotycko-secesyjnej adaptacji Batmana Tima Burtona, pierwszym filmie o Nieśmiertelnym, jak również Ladyhawke (w którym odziany na czarno rycerz walczył w imieniu Kościoła Rzymskiego ze złym czarnoksiężnikiem o niewiarygodnej mocy).

Z jednej strony gatunki fantastyki naukowej i fantasy , podobnie jak narkotyki, umożliwiają ucieczkę od niszczącego duszę, martwego świata Ekonomicznego Społeczeństwa i jego wartości – i w ten paradoksalny sposób utwierdzają status quo. Z drugiej jednak strony bije z nich żywa nadzieja na lepsze społeczeństwo, w którym nie liczą się brutalna przemoc, stosunki siły ekonomicznej i fałszywe ideologie. Staro-nowe społeczeństwo, opisywane w tego rodzaju utworach, można zaklasyfikować jako twór feudalny, wyposażony w produkty nowoczesnej techniki. (Judith Merril skarżyła się nawet w 1985 r. na wszechobecność takiego reakcyjnego krajobrazu w większej części popularnej SF.) Jakiemu społeczeństwu odpowiadałoby to w rzeczywistości?

Można dopatrywać się w nim społeczeństwa obdarzonego głęboką mądrością i wartościami duchowymi czasów sprzed nastania współczesności, któremu oddano do dyspozycji technikę, nie niszczącą jednak ludzkiej osoby. W tego typu społeczeństwie ludzie poszukujący Wyższej Prawdy i Wyższego Boga otrzymują nagrodę, lecz wszyscy ludzie stają się częścią nasyconej znaczeniem, ogólnoświatowej harmonii, która zaspokaja potrzebę tego, co autentycznie naturalne.

Science fiction zawiera także przestrogę. Jeśli nie podążymy tym szlakiem, czeka nas cały szereg liberalnych „utopii”, przymusowych i totalitarnych antyutopii lub różnego rodzaju katastrofy technologiczne.

Filozof tradycjonalistyczny nie proponuje łatwych utopii materialnego luksusu i rozkoszy. Jako, że wszystkie społeczeństwa są w gruncie rzeczy hierarchiczne lub oligarchiczne, różnice pomiędzy nimi można wykryć, badając ich dominujące ideologię i filozofie. Historia dowodzi, że pragnienie obalenia „żelaznego prawa oligarchii” przez tzw. myślicieli oświeceniowych powodowało zastąpienie królów przez populistów i tyranów; mędrców przez idiotów i przebiegłych, okrutnych potworów; kapłanów przez psychologicznych manipulatorów. Cały ten proces wydaje się nieunikniony – przednowoczesne ustroje europejskie zbytnio związały się z tradycją organiczną, by przeciwstawić gilotynom, gułagom i komorom gazowym podobne metody. Dlatego praktycznie uległy zagładzie. Co zostało po ich szczytnych ideałach? Ich dobrze znany sprzeciw wobec techniki, która mogła je ocalić, przesądził o ich losie. Brak subtelności oporu filozoficznego i czasami brutalne metody (choć pewni uczeni wyliczyli, że reżim Stalina zabijał w ciągu jednego dnia więcej ludzi niż Inkwizycja poprzez całe swoje, osiemsetletnie istnienie) były rezultatem przeświadczenia, że nie można krytykować czegoś, co szanowano przez (mniej więcej) cały tok ludzkich dziejów. W ten sposób poniosły klęskę.

Tak więc ludzie, którzy żyją zakorzenioną i przemyślaną tradycją, stali się dysydentami w społeczeństwie Determinizmu Ekonomicznego.
Niestety zaawansowana technika ma skłonności tak totalitarne, że lewicowo-liberalne oligarchie mogą spać zupełnie spokojnie. Wewnętrzne partie lub kręgi Społeczeństw Determinizmu Ekonomicznego obawiają się jedynie powrotu do autentycznego pluralizmu. Aż za dobrze wiedzą, że mogłoby to poważnie zagrozić ich nienaturalnemu, mechanistycznemu systemowi. Prawdziwy „Ruch Wolności Słowa” (na wzór grup protestu z l. 60.) zostałby natychmiast zduszony w zarodku przez mass media i quasi-sądowe zabiegi (np. prawa wymierzone w tak zwane „zniesławienie” – zawsze definiowane dla wygody elit rządzących.)

Wygląda na to, że dzisiaj każdy człowiek na całej Ziemi stoi w obliczu przerażającego wyboru. Czy to, co można nazwać prawdziwą dialektyką dziejów doprowadzi do powstania przyzwoitego społeczeństwa (pozwalając na dalszą ewolucję i dokonywanie wyborów, których w tym momencie nie sposób przewidzieć), czy też historia dobiegnie końca wskutek jałowych „utopii” ponurych, okrutnych antyutopii, lub różnorakich katastrof technologicznych? Wszystko zależy od tego, czy osoba ludzka naprawdę zmieni się w naćpanego zombiego, maszynę pozbawioną historii, filozofii, kultury, prawdy, cnoty… i miłości.

Można by dostrzec niejakie analogie pomiędzy upadkiem Rzymu (i innymi podobnymi chwilami dziejowymi) a naszą sytuacją w okresie późnej nowoczesności. Był to nie tylko świat Augustów i Cyceronów, lecz również skrofulicznych Neronów i pryszczatych Kaligul. Lecz aprobata i dążenie do realizacji imperatywu moralnego w społeczeństwie (na przykładzie starożytnych cnót rzymskich) jest o wiele lepsze niż całkowite odrzucenie go. Mimo, że papież Aleksander VI (Rodrigo Borgia) był degeneratem, nawet w społeczeństwie renesansowym istniał prawdziwy kodeks etyczny. Tak się dziwnie składa, że barbarzyńcy, którzy atakowali Rzym z północy i łupili go, zachowali dla wielkości Imperium jakieś resztki szacunku, podczas gdy obecne elity na Zachodzie uczą ludzi z Południa jedynie nienawiści do świata, który podobno zalewają. Chyba żaden Rzymianin, nawet najbardziej ułomny, nie życzył sobie upadku Rzymu, który stworzył wspaniałe i chwalebne cesarstwo. Upadek trwał kilka stuleci, a jego głównym (zapewne) powodem był zwykły brak fizycznych środków do życia. Dzisiejszy Zachód ma tych środków aż w nadmiarze; wydaje się jednak, że przestał wierzyć sam w siebie i utracił wolę życia.

Nie da się zaprzeczyć, że dla wielu ludzi w epoce przed współczesnością życie bywało często ciężkie, współcześni liberałowie nigdy nie zadają sobie jednak pytania, jakim cudem ówczesne społeczeństwa – mające do dyspozycji zaledwie jedną milionową dzisiejszych zasobów – potrafiły stworzyć wzniosłą sztukę, filozofię i religię, oraz przetrwać przez 1000 l. albo i dłużej. Jaka żałosna i miałka jest niemal cała sztuka późnej nowoczesności!

Wszystko wskazuje na to, że w świecie zaawansowanej techniki jedynym ograniczeniem władzy jest ideologia grupy rządzącej. Grupa, która w swojej filozofii uznaje istnienie naturalnych barier, raczej nie nadużyje władzy, gdyż filozofia uznająca i rozumiejąca naturalne ograniczenia ipso facto ogranicza władzę i przymus rządu. Zapewne tylko władca, któremu w jakimś stopniu leży na sercu ideał cnoty, znajdzie powody, dla których warto być (lub starać się zostać) osobą moralną, nie nadużywającą oddanej sobie władzy. Można postawić tezę, iż wyłącznie w społeczeństwie godzącym się na naturalne ograniczenia oligarchia może próbować się samoograniczać. Z drugiej strony nie można przeoczyć możliwości, że dzisiejsza technika stwarza bezprecedensowe możliwości wprowadzania na świecie prawdziwego dobra – wystarczy ją tylko opanować i dobrze spożytkować. Z punktu widzenia bardziej zakorzenionego i ustalonego trybu życia liberalizm sprawia wrażenie doktryny, która prowadzi ciągłą i bezlitosną wojnę ze społeczeństwem. Nie ma ludziom do zaofiarowania pełnych znaczenia tożsamości, nie jest raczej w stanie sprostać takim narastającym problemom jak przestępczość i rozpad rodziny. Nie potrafi zaspokoić ludzkiej potrzeby archetypowej jedności i harmonii, sprowadzając jednostkę do roli maszyny, pozbawionego duszy automatu.

Tradycjonaliście cisną się na usta słowa, że prawdziwy świat i sensowne społeczeństwo można odtworzyć jedynie dzięki największym wysiłkom woli ludzkiej, która sprzeciwi się perspektywie całkowitego zniewolenia przez technikę i towarzyszące jej, mechanistyczne i ekonomiczne sposoby myślenia.

Do zilustrowania tego procesu może okazać się przydatny pewien naturalistyczny obraz. Ludzkość przeszła od świętej niewinności dzieciństwa, gdy towarzyszyło jej bóstwo, do udręczonej młodości, naznaczonej buntem i samozniszczeniem. Przyszła być może pora na autentyczną dojrzałość, wypełnienie nakazów Opatrzności i zaprzestanie działań autodestrukcyjnych. Właśnie za takim wyborem trzeba się z całych sił opowiadać, gdyż wszystkie inne drogi wiodą zapewne ku zagładzie. A przecież lewicowo-liberalna oligarchia z każdym dniem zamyka jakąś drogę, na której możliwe byłoby stworzenie szlachetniejszego społeczeństwa.

Można zatem postawić prowokacyjne pytanie: człowiek z ciebie czy maszyna?

Tryumf Zła będzie pewny przy bezczynności ludzi dobrych – Edmund Burke.

Marek Węgierski
tłum. Jacek Spólny

1. pierwsze wersje tego tekstu powstawały w 1985 r.
2. Harbourfront to prestiżowe, finansowane przez rząd centrum kultury w Toronto.
Marek Węgierski