Wydawnictwo Zielone Brygady - dobre z natury

UWAGA!!! WYDAWNICTWO ZAWIESIŁO SWOJĄ DZIAŁALNOŚĆ W 2008 ROKU. NIE REALIZUJEMY JUŻ ŻADNYCH ZAMÓWIEŃ.

Stempowski czyli raj utracony

STEMPOWSKI* CZYLI RAJ UTRACONY

Kilka słów wyjaśnienia: współczesność dla przeważającej części Europejczyków rozpoczęła się w momencie, kiedy na ich biurkach zagościło sprytne stworzenie, nazwane komputerem a w mediach rozpoczęły się widowiskowe spektakle dla gawiedzi z Michaelem Jacksonem w roli głównej. Wszystko to, co zostało napisane, skomponowane, utrwalone na błonie filmowej lub przekazane w postaci zachowań kulturowych, obyczajów, niewymawianych a skrzętnie przekazywanych z pokolenia na pokolenie kodów bycia, czyli zachowywania się w mętnej i zdradliwej rzece, którą oględnie nazywamy życiem – otóż wszystko to, co do tej pory stanowiło zespół trwałych cech odróżniających Europę od reszty świata, zostało w triumfalnym akcie radości zanegowane i z ulgą spuszczone do ścieku już nikomu nieprzydatnej historii. Wszelkie próby powrotu do przeszłości, chociażby tej najbliższej czyli poprzedzającej Nowy Globalny Ład, są bacznie śledzone przez rzesze funkcjonariuszy nowego porządku i w odpowiednim momencie kompromitowane lub skutecznie zagłuszane medialną wrzawą. Liczy się tylko to, co Nowe, nieskażone piętnem poprzednich, nieudanych prób, lśniące niezwykłymi perspektywami, kręcące tłustym tyłkiem zapowiadającym już nieodległą rozkosz zanurzenia się w nowym, wspaniałym świecie.

Jednak co zrobić z tymi, którzy opisując mętną rzekę dziejowych zakrętów, pozostawili po sobie nikomu już niepotrzebne refleksje, ostrzeżenia, plastyczne opisy niewidocznych za kolejnym zakrętem rzeki dziejowych katarakt, do których nieuchronnie zbliżają się kolejne pokolenia nieświadomych zagrożeń Europejczyków? Czy nasz Stary Kontynent ma przypominać wypaloną łąkę, na której skwapliwie sadzone są nowe rośliny, o nieznanych właściwościach i owocach już rozsiewających stęchłą woń zgnilizny?

Sądzę, że lepiej jest przyglądać się płynącej rzece, co rusz przecinanej niespodziewanym wodospadem lub kataraktą, niż w niej płynąć i utonąć w odmętach dziejowych wirów – prawdziwe życie to nie dziejowa rzeka. Nie będę tu zgłębiać jego koncepcji literackich i sławić piękna jego prozy, aczkolwiek, w czasach bełkotliwej mowy i gorączkowej pisaniny, jako żywo przypominającej efekty ciężkiej a zawinionej obstrukcji żołądka, proza Stempowskiego świeci jak brylant poprawności językowej, słonecznej frazy, przywodzącej na myśl jasność i potoczystość pamiętników Juliusza Cezara. Zajmę się wychwyceniem z jego esejów takich wątków, które są aktualne i dzisiaj, wręcz paląco aktualne, czyli wymagające od uważnego czytelnika pozostawienia na boku własnych stereotypów lub uprzedzeń, które każą mu przyjrzeć się bardzo uważnie refleksjom Stempowskiego, tym samym obalając powszechnie nagłaśniane kłamstwo o początku nowej epoki, której korzenie są nigdzie, a perspektywy są znane tylko nielicznym neoliberalnym autorytetom. To nowe zaczęło się bardzo dawno temu, jeszcze w XIX wieku i dopiero teraz gwałtownie wzrasta, gdyż gleba została już odpowiednio zryta i użyźniona.

W jego esejach najbardziej zafascynowała mnie żywotność obszaru, w którym przeżył młodość i do którego ciągle wracał pamięcią, przekazując go jako wspaniałą ideę miejsca, gdzie wspólnie egzystują różnorakie społeczności, narodowości, egzotyczne enklawy, nie wadząc się o jakieś rzeczywiste lub urojone granice dla “swoich” przeciw “obcym”. Rozlewność istnienia. Właśnie – to mnie najbardziej pociąga do dziś i to nawet do tego stopnia, że podejrzewam, iż wcześniej właśnie tam mieszkałem, tam cieleśnie współbytowałem wespół z Rusinami, Polakami, Żydami, Tatarami oraz wszelkimi tuziemcami, co prawda patrzącymi na wszelkich podróżnych spode łba, ale chętnie sprzedającym im różnorakie towary, w zamian oczekując upragnionych wieści z dalekiego świata, choćby był to zaledwie Berdyczów, oddalony o kilkanaście wiorst.
Na świat przyszedłem w rodzinie polskiej na Ukrainie w roku 1894. Rzecz w tym, że narodowość rodziców miała w owych czasach nieco inne znaczenie niż dziś. Pokolenie młodsze przyzwyczaiło się uważać narodowość za pewnego rodzaju fatum rasowe, ciążące dziedzicznie na każdym nowonarodzonym. Każdy, mówiono nam, rodzi się Niemcem czy też Murzynem i później dopiero ewentualnie staje się człowiekiem, jeżeli w ogóle już dochodzi do takich ostateczności (...) Cała ogromna część Europy, leżąca między morzem Bałtyckim, Morzem Czarnym i Adriatykiem, była jedną wielką szachownicą ludów, pełną wysp, enklaw i najdziwniejszych kombinacji ludności mieszanej. W wielu miejscach każda wieś, każda grupa społeczna, każdy niemal zawód mówił odmiennym językiem.
Ta Arkadia spokojnego trwania w harmonii wielu narodów, kultur i religii stała się dla mnie wzorem dla Polski, Europy, świata. Największą zagadką jest dla mnie nadal źródło, z którego taki kresowy obszar czerpał siły życiowe dla wielowiekowego trwania. Przecież nie była to idea narodowa, religijny fanatyzm, zamroczenie technicznymi nowinkami. Tej tajemnicy odgadnąć teraz nie potrafię.
Za mego dzieciństwa dawne kresy ukraińskie były takim wielkim rozdrożem, z którego, oprócz wszystkich bocznych ścieżek, wychodziły cztery drogi: jedna prowadziła do Kijowa, druga do Krakowa, trzecia do Petersburga i czwarta wreszcie, która wówczas nie prowadziła jeszcze do Palestyny, ukazywała w końcu wielką księgę, łączącą w tajemniczy sposób niezmiernie zróżnicowany świat Izraela. (...) W okresie 1919 – 1939 byłem świadkiem wielu nieprzejednanych walk narodowościowych. Stara cywilizacja tej części kontynentu zdawała się należeć do przeszłości. Nawet w tej nieznośnie dusznej i przykrej atmosferze wystarczało odejść dalej od urzędów, gazet i organizacji społecznych, by wszędzie słyszeć słowa pojednania. Dla ludzi mego pokolenia, już przed czasem samotnych i smutnych w tym niegościnnym klimacie moralnym, słowa te posiadały doniosłe znaczenie.
Teraz wszystko, co myślące i pełne ducha, zwraca się ku lokalności, gościnności, otwartości i najprostszej harmonii, owej leibnizowskiej harmonii praestabilita, w niej oczekując spełnienia marzeń i tęsknot o sprawiedliwym świecie bez totalitarnej zarazy, niszczącej każde wolne istnienie, zarówno jednostkowe jak i społeczne. Najprostsze akty egzystencjalne jak: kupowanie, podróżowanie, interesowanie się wieściami, bycie w świątyniach kultu religijnego są teraz podszyte wirusem, który wprowadza w świadomość człowieka ideę świata bez granic, życia przesyconego kultem mamony, religii sprowadzonej do poddaństwa bezdusznemu rytuałowi.

Stempowski jest niedościgniony zwłaszcza w trafności i obrazowości opisu conditio Europae, której przyszły los tak bardzo leżał mu na sercu. Niestety, już wtedy, po drugiej wojnie światowej, kiedy Europejczycy tak bardzo potrzebowali otrząsnąć się po grozie niedawnej Apokalipsy, jego przewidywania były podszyte świadomością gorzkiej prawdy, która wyszła teraz na jaw w całej okazałości.
Mieszkańcy Europy są dziś w położeniu szczura w wannie, szukającego na próżno wyjścia po gładkich ścianach. (...) Jak należy sobie wyobrażać przyszłość, jeżeli w wyniku nowych konfliktów Amerykanie i ich brytyjscy komparsi zdobędą władzę nad światem? Na podstawie dotychczasowych doświadczeń powszechna >glebae adscriptio< (ziemia niczyja) wydaje się rzeczą nieuniknioną. Być może zwycięzców nie stać będzie na nic lepszego, na żaden pomysł organizacyjny. Łatwiej jest nawet pobić Hitlera, niż wyzwolić się samemu ze ślepego egoizmu i pogardy dla gorzej uzbrojonych. Unieruchomione ludy staną się podobne do ławic ostryg, nad którymi unosić się będzie nowy Herrenvolk (naród panów).
Żelazna kurtyna, obecnie oddzielająca narody, jest tylko pozornie niewidoczna i ma zupełnie inne znaczenie: jej istotą jest przekonanie, że jedyną możliwą drogą dla Europy i w konsekwencji dla całego świata, jest przyjęcie rozwiązań, które opierają się na niekontrolowanym, spekulacyjnym przepływie pieniądza i towarów oraz osobliwego systemu nazywanego eufemistycznie demokratycznym. “Grzeczny faszyzm” to termin, który znalazłem na kartach książki Federica Beigbedera 29,99. Doskonale oddaje on istotę współczesnej łżedemokracji. Natomiast za żelazną kurtyną znajdują się społeczeństwa i narody, które są jak najdalej od anglo-amerykańskiego triumfalizmu. Tak na ten temat pisze Stempowski:
Żelazne zasłony są wynalazkiem starszym od Stalina i Mołotowa. Mocarstwa anglosaskie zaczęły obstawiać nimi Azję i Europę w czasach, kiedy bolszewicy obradowali jeszcze na emigracji w Cafe d’Orient. Źródło żelaznych kurtyn leży w umysłowości i pojęciach anglosaskich, obcych Europie.
To słowa wręcz heretyckie w dzisiejszych czasach, w których amerykański Herrenvolk wylewa się pod najrozmaitszymi postaciami z medialnych przekazów: widzimy go, jak dzielnie pomaga “mniej cywilizowanym” narodom w dojściu do gospodarki kapitalistycznej; jak wspaniale i w sposób wręcz chirurgiczny, unieszkodliwia wrogie antyimperialistyczne siły, które wciąż knują podłe spiski przeciw “pokojowej” polityce wielkich mocarstw; medialni szamani, koniecznie z tytułami naukowymi, opowiadają o perspektywach rozwoju genetyki, eksploracji Kosmosu i nowych technikach informatycznych, które w rezultacie przyniosą narodom całego świata powszechny dobrobyt i dostęp do wszelakich dóbr.

Właśnie teraz w całej jaskrawości widzimy ów olbrzymi tygiel narodów, ras, religii, w którym wytapia się nowy kształt człowieka, już dostosowany do potrzeb zglobalizowanego świata. Wszystko to co inne, niedostosowane, z niepokojem zadające niewygodne pytania o cel i sens poczynań hordy barbarzyńców zza Wielkiej Wody, będzie poddane bezwzględnej eksterminacji. Tak! Nie bójmy się tego ponurego przez odległe konotacje określenia, albowiem każda ideologia rozwija się według tego samego schematu: najpierw pozyskiwanie jak największej ilości fanatyków, następnie przejmowanie władzy i wreszcie fizyczna lub duchowa likwidacja przeciwników.

Jeśli żelazne kurtyny oddzielające nas od reszty świata faktycznie istnieją i polegają one na bezzasadnym poczuciu wyższości nad innymi rasami i kontynentami, to nieuniknioną ich konsekwencją jest “moralność oblężonego miasta”, którą Stempowski odkrył w rzeczywistości europejskiej jeszcze przed wybuchem drugiej wojny światowej.

Utylitarna koncepcja wiedzy wzięła wreszcie górę. Zakłady naukowe zostały wprzężone w mechanizm nowożytnego państwa opartego na moralności oblężonego miasta. Wówczas wyszło z nich pokolenie technokratów, nie widzące żadnej trudności w racjonalnym zorganizowaniu narodów na wzór termitów, pod warunkiem odrzucenia wszystkich przesądów i tradycji.
Technika zmieniła w krótkim czasie krajobraz znacznej części globu, pokrywając go ruinami lasów, sieciami szyn i drutów, tysiącami kominów i pagórkami żużli. Najstarsze miasta obróciła w gruzy lub zabudowała sześcianami z betonu, w których warunki życia okazały się zasadniczo odmienne od wszystkiego, co widziano podczas poprzednich tysiącleci. Przedstawicielstwa ludności, parlamenty i rady miejskie, nie stawiały tym zmianom żadnego oporu, wciągane w tak zwaną dynamiczną wizję świata, idącego do szybkiej i radykalnej metamorfozy.
(...) Nasza moralność oblężonego miasta nie uznaje życia osobistego, uważając za rzecz możliwą i wskazaną mobilizowanie i wciąganie do walki ostatnich resztek naszej prywatnej egzystencji.

Co roku mury uczelni opuszczają rzesze absolwentów nie widząc świata poza swoją wąską specjalnością. Doskonale przystosowane termity... Prawnicy redukują wszelkie zachowania człowieka do zestawu paragrafów, pomijając w swoich orzeczeniach zwyczajną ludzką sprawiedliwość, która bardzo często stoi w zupełnej sprzeczności z prawem; lekarze... – lekarzy, tych, o których Hipokrates mówił, że iatros filosofos isotheos (lekarz filozofujący jest równy bogom) – już nie ma. Są wąsko ukierunkowani specjaliści, jakże często, korzystając ze swojej pseudowiedzy, zadający egzystencjalny ból swoim pacjentom, oczekującym pocieszenia i potężnej dawki nadziei. To samo można powiedzieć o nauczycielach, ekonomistach, urzędnikach i co bardzo bolesne, księżach, spętanych kokonem teologicznych regułek już na starcie swojego kapłańskiego powołania.

Stempowski możliwość odwrócenia tego fatalnego stanu rzeczy widzi w przywróceniu duchowej formacji humanistycznej, która jako jedyna pozwala widzieć rzeczy i procesy w dziejowym zawieszeniu, pozwala dostrzec przyczyny i skutki działań ludzkich, a także daje niezwykłą plastyczność w podejmowaniu różnych zawodów, wreszcie jest skutecznym antidotum na wszelakie ideologie, co rusz jak zaraza nawiedzające Stary Kontynent. Czas pokaże kto ma rację. Czy ci, którzy nie bacząc na skutki z fanatycznym błyskiem w oku oddają się we władzę takiej lub innej ideologii, czy ci, którzy już teraz gorączkowo zbierają swoje duchowe skarby do podróżnego tobołka, widząc nadciągający dziejowy tajfun. Kiedy Europa przerwie wreszcie swój niekończący się chocholi taniec?

Waldemar Bożeński
al. Grunwaldzka 234/2
80-266 Gdańsk
tel. 502-765-245
e-mail: andromeda@pologne.com
kwiecień 2004

Autor (ur. 1959 r.) jest historykiem filozofii, eseistą, wydawcą, autorem książki Pęknięty witraż – człowiek w pułapce globalizmu. Więcej informacji o książce na stronie www.pologne.com/andromeda. Jej cena wynosi 20 zł. Także książkę José Bové, François Dufour, Świat nie jest towarem, wyd. Andromeda, Gdańsk 2002 (25 zł) można nabyć pisząc na powyższy adres mailowy.

*) Jerzy Stempowski (ps. Paweł Hostowiec), 1894 – 1969, eseista, krytyk literacki, epistolograf. Urodzony na południowych kresach Polski, świadek obu wojen światowych, pracownik PAT-a, szef gabinetu Kazimierza Bartela, pierwszego premiera RP po przewrocie majowym w 1926 roku. Stały współpracownik paryskiej “Kultury”. Wydano jego eseje i obszerny zbiór listów.

Waldemar Bożeński